<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?> <rss
version="2.0"
xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
><channel><title>Born to Roam</title> <atom:link href="http://borntoroam.pl/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" /><link>http://borntoroam.pl</link> <description>freeride i folklor!</description> <lastBuildDate>Mon, 16 Jan 2012 06:55:54 +0000</lastBuildDate> <language>en</language> <sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod> <sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency> <generator>http://wordpress.org/?v=3.2</generator> <item><title>W krainie trolli i fiordów</title><link>http://borntoroam.pl/fotorelacje/w-krainie-trolli-i-fiordow/</link> <comments>http://borntoroam.pl/fotorelacje/w-krainie-trolli-i-fiordow/#comments</comments> <pubDate>Mon, 16 Jan 2012 06:55:54 +0000</pubDate> <dc:creator>Zdan</dc:creator> <guid
isPermaLink="false">http://borntoroam.pl/?post_type=fotorelacja&#038;p=524</guid> <description><![CDATA[Polska żegna nas piękną, słoneczną pogodą. Temperatura zachęca do wyciągnięcia się na leżakach, znajdujących się na górnym pokładzie promu. Powoli z horyzontu znika linia brzegowa naszego kraju, wzmaga się wiatr, więc na decyzję o ewakuacji pod górny pokład nie trzeba &#8230; <a
class="more" href="http://borntoroam.pl/fotorelacje/w-krainie-trolli-i-fiordow/">więcej &#187;</a>]]></description> <content:encoded><![CDATA[<p>Polska żegna nas piękną, słoneczną pogodą. Temperatura zachęca do wyciągnięcia się na leżakach, znajdujących się na górnym pokładzie promu. Powoli z horyzontu znika linia brzegowa naszego kraju, wzmaga się wiatr, więc na decyzję o ewakuacji pod górny pokład nie trzeba było długo czekać. Po spędzonych 10 godzinach na morzu, bramy otwierają się i jesteśmy w <strong>Skandynawii</strong>. Szwecja wita nas znacznie niższymi wskazaniami słupka rtęci, niebem zasłoniętym przez ciemne chmury i padającym deszczem. Taki zestaw atmosferyczny będzie nam towarzyszył przez całą podróż do norweskiej miejscowości <strong>Nerskogen</strong>, z której zaczniemy rowerową eksplorację.</p><div
class="wp-caption alignleft" style="width: 340px"><a
href="https://lh3.googleusercontent.com/-m6xvLReyqmI/TwS9xN_-fKI/AAAAAAAAgRc/7JMS4uidon4/s1024/IMG_5538.jpg"><img
class=" " src="https://lh3.googleusercontent.com/-m6xvLReyqmI/TwS9xN_-fKI/AAAAAAAAgRc/7JMS4uidon4/s330/IMG_5538.jpg" alt="" width="330" height="220" /></a></dt></dl></div><p>Na miejsce docieramy późnym popołudniem. Nie pozostaje nic innego, jak znaleźć miejsce pod rozbicie namiotów, zjedzenie kolacji i położenie się spać. Noc jest bardzo zimna, rano namioty są pokryte lodem a my nieźle zziębnięci. W końcu ruszamy na trasę. Pogoda od rana dopisuje – słoneczko i całkiem przyjazna temperatura.  Łapiemy się szlaku i atakujemy niezbyt okazały, acz całkiem przyjemny szczyt <strong>Nonshøa</strong>, wznoszący się na zaledwie 1205m. Nabierając wysokości odsłaniają się przed nami co raz to piękniejsze widoki, skąpane w jesiennych kolorach. W oddali widać pasma przywodzące na myśl krajobraz księżycowy, jakiego do tej pory nie miałem szansy oglądać. Na górę wdrapujemy się niespodziewanie szybko, więc zapada decyzja o <strong>freeridzie</strong> przez skalisto-trawiasty płaskowyż. Potem ponownie łapiemy szlakowe słupki, które wiodą nas do podnóża gór. Po zapakowaniu się do auta przemieszczamy się kawałek na południe do malutkiej wsi Storli, położonej niemalże w sercu gór. Znajdujemy polankę na biwak i wcinamy obiadokolację w promieniach zachodzącego słońca.</p><div
class="mceTemp mceIEcenter"><dl
id="" class="wp-caption aligncenter" style="width: 688px;"><dt
class="wp-caption-dt"><a
href="https://lh4.googleusercontent.com/-N5oDGST_2t0/TwS-Axi0-wI/AAAAAAAAgSQ/_-gZCiVw0zo/s1024/IMG_5603.jpg"><img
src="https://lh4.googleusercontent.com/-N5oDGST_2t0/TwS-Axi0-wI/AAAAAAAAgSQ/_-gZCiVw0zo/s678/IMG_5603.jpg" alt="" width="678" height="452" /></a><p
class="wp-caption-text">Fot. Piotr Zdanecki</p></div><p>Plan na kolejny dzień jest niezwykle ambitny, jednak teren po jakim przyszło nam się poruszać (niekończący się interwał po mokradłach) oraz siąpiący deszcz nakazuje nam zadowolić się jedynie pętelką w okolicach górskiego jeziora <strong>Gjevilvatnet</strong>. Wycieczkę tego dnia ratuje zaserwowany na sam koniec zjazd – jest fantastyczny! Od wąskich trawersów, przez super szybkie single biegnące grzbietem aż po techniczne wstawki. Postanawiamy zostać w tym samym miejscu na kolejną noc, bo chodzi nam po głowie chytry plan zdobycia ponad 1500m Okli.</p><div
class="wp-caption aligncenter" style="width: 688px"><a
href="https://lh3.googleusercontent.com/-RlD_sQrw-kU/TwS-KPIqypI/AAAAAAAAgS0/Y0-HqZiXPa0/s1024/IMG_5933.jpg"><img
class=" " src="https://lh3.googleusercontent.com/-RlD_sQrw-kU/TwS-KPIqypI/AAAAAAAAgS0/Y0-HqZiXPa0/s678/IMG_5933.jpg" alt="" width="678" height="452" /></a><p
class="wp-caption-text">Fot. Daniel Klawczyński</p></div><div
class="wp-caption alignright" style="width: 340px"><a
href="https://lh5.googleusercontent.com/-EITznw8T6Xc/TwS-UlZeTlI/AAAAAAAAgTU/kMrcSFj7lis/s1024/IMG_5685.jpg"><img
class="  " src="https://lh5.googleusercontent.com/-EITznw8T6Xc/TwS-UlZeTlI/AAAAAAAAgTU/kMrcSFj7lis/s330/IMG_5685.jpg" alt="" width="330" height="220" /></a><p
class="wp-caption-text">Fot. Piotr Zdanecki</p></div><p>Rano słońce zagląda nam do namiotów, więc pakujemy manatki i wskakujemy na częściowo już znany szlak. Tym razem jednak odbijamy w prawo na stok <strong>Okli</strong>, a nie w stronę jeziorka, jak wczoraj. Podejście staje się bardzo ciężkie, przez znakomitą część drogi rower spoczywa na plecach, bo o pchaniu nie ma mowy, nie wspominając o podjeżdżaniu. Partie podszczytowe, coraz bardziej skaliste, będą stanowić niebagatelne wyzwanie na zjeździe. Z samej góry rozpościera się piękna panorama na okoliczne szczyty, pasma i górskie jeziora. Czas niestety nas goni, więc zbroimy się i w dół. Płynne przejechanie całości, a szczególnie górnej części wymaga sporych umiejętności i dozy skupienia. Na koniec zjazd odpuszcza, a po leśnych liniach rower płynie sam.</p><div
class="wp-caption alignleft" style="width: 340px"><a
href="https://lh6.googleusercontent.com/-iUOry0PwHTQ/TwS-0m_jHkI/AAAAAAAAgVM/u744eYDOLqU/s1024/IMG_7485.JPG"><img
src="https://lh6.googleusercontent.com/-iUOry0PwHTQ/TwS-0m_jHkI/AAAAAAAAgVM/u744eYDOLqU/s330/IMG_7485.JPG" alt="" width="330" height="220" /></a><p
class="wp-caption-text">Fot. Daniel Klawczyński</p></div><p>Następnie transferujemy  się na wschód, do leżącej nad samym morzem norweskim miejscowości <strong>Farstad</strong>. Rano, przy akompaniamencie deszczu, ruszamy na podbój wznoszącego się na 700m ponad nasze głowy Melen. Atak powzięliśmy niestety ze złej strony, gdyż ścieżka prowadząca nas w pewnym momencie zanika, a sam szczyt od południa wydaje się nie do zdobycia. Kolejny raz improwizujemy bezścieżkowo przez grań i lądujemy przy aucie.<br
/> Bogatsi o doświadczenie, następnego dnia wdrapujemy się już od dobrej strony, na początku szutrówką, mijając jeziorko <strong>Skatenvatnet</strong>, a potem miłym singielkiem na przełęcz pomiędzy Melen i Sjurvarden. Ponownie pogoda się psuje, a przed nami ostre pchanie i noszenie na sam szczyt. Na górze długo nie bawimy, bo wiatr i nadciągający deszczowy front skutecznie do tego zniechęcają. Koniec końców opad nas dopada i tak zjeżdżamy na sam dół. Zjazd niezbyt wyrafinowany, góra wymagała jedynie mocnego trzymania kierownicy, a ścieżka na dole również nie oferowała szczególnych trudności. Jedyny fragment, który podnosił ciśnienie, to krótki, bardzo wąski odcinek skalnej grani z mocno wyśrubowanym poziomem.</p><div
class="wp-caption aligncenter" style="width: 688px"><a
href="https://lh6.googleusercontent.com/-A-eTyXrAazg/TwS_AHptA8I/AAAAAAAAgV8/JlN3-5cIfq0/s1024/IMG_7747.JPG"><img
class=" " src="https://lh6.googleusercontent.com/-A-eTyXrAazg/TwS_AHptA8I/AAAAAAAAgV8/JlN3-5cIfq0/s678/IMG_7747.JPG" alt="" width="678" height="452" /></a><p
class="wp-caption-text">Fot. Daniel Klawczyński</p></div><p>Kolejnym punktem wycieczki jest położona nad samiusieńkim fiordem <strong>Fjøra</strong>, do której dotarliśmy przez osławioną drogę trolli (Trollstigen). Niestety nie było nam dane wiele zobaczyć z racji brzydkiej pogody i przejazdu tamtędy późnym wieczorem. Nasz poranny zapał do zaliczenia wznoszącego się na kilometr ponad nas Mefjelleta szybko studzi obfity opad deszczu. Po pewnym czasie pogoda pozwala wysiąść z samochodu i wyruszyć na trasę, z czego skrzętnie korzystamy. Znowu długi podjazd szutrówką i podejście na sam szczyt. Docieramy na górę, gdzie niestety zostajemy otoczeni gęstymi chmurami. Silny wiatr i nadchodzący deszcz szybko wyganiają nas w dół, na co prawdę mówiąc czekałem. Zjazd z samego wierzchołka jest genialny, wijący się singielek z dużą ilością skał, miejscami pokazujący pazur, stanowiąc nie lada wyzwanie. Smaczku dodaje fakt, że wszystkie kamienie są obrzydliwie mokre od świeżego deszczu.</p><div
class="wp-caption alignright" style="width: 340px"><a
href="https://lh5.googleusercontent.com/-dMUW8Or8Ey0/TwS_Nn5CnUI/AAAAAAAAgWk/-nJ0OjZ7nGE/s1024/IMG_8548.JPG"><img
src="https://lh5.googleusercontent.com/-dMUW8Or8Ey0/TwS_Nn5CnUI/AAAAAAAAgWk/-nJ0OjZ7nGE/s330/IMG_8548.JPG" alt="" width="330" height="220" /></a><p
class="wp-caption-text">Fot. Daniel Klawczyński</p></div><p>Po dotarciu na dół, ruszamy do oddalonego o 300km <strong>Østerbø</strong>. Na miejscu jesteśmy dopiero rano, bo na biwak zatrzymaliśmy się w pobliskim <strong>Aurland</strong>. Niestety, od rana pogoda pod psem. Czekamy w aucie aż do 13, kiedy wreszcie przestaje padać i możemy zasiąść na siodełka. Naszym celem tego dnia było przejechanie popularnej i bardzo urokliwej doliny <strong>Aurlandsdalen</strong>. Trasa miała mieć 18km i być zjazdem. Tradycyjnie rzeczywistość była odmienna od tego, co wyczytaliśmy w internecie. Ścieżka cały czas prowadzi interwałowym trawersem dolinki, jednak nagromadzenie ścianek, skałek i masy innych technicznych elementów było naprawdę imponujące! Mimo tendencji spadkowej, szlak wiele razy prowadził pod górę, co niestety sporo mu ujmuje. Gdyby ta ścieżka była w całości zjazdem…</p><p>Po zjechaniu na dół, do <strong>Vassbygdi</strong>, kierujemy się do niezbyt oddalonego <strong>Geilo</strong>, szczycącego się ogromną ilością wyznaczonych tras rowerowych. Jak się można domyślać 90% z nich to asfaltowe i szutrowe trasy, ale i tak udało się nam znaleźć coś dla siebie. Po deszczowych dniach wreszcie widzimy słońce, na niebie nie odnotowujemy ani jednej chmurki, a temperatura pozwala na swobodne hasanie w krótkich rękawkach. Wdrapujemy się na grzbiet górujący nad miasteczkiem. Trasa krótka, ale bardzo przyjemna, grzbietowa ścieżka jest wręcz stworzona pod rower, mimo że prowadzi w kierunku nie do końca zgodnym z grawitacją. Docieramy na początek zjazdu, który początkowo prowadzi sporym płaskowyżem, w końcu wpadającym do lasu, a my nabieramy prędkości i po kilku minutach pieca jesteśmy na dole. Pozostaje powrót do samochodu wzdłuż jeziorka Ustedalsfjord, w którym odbijają się ostatnie promienie zachodzącego słońca.</p><div
class="wp-caption aligncenter" style="width: 688px"><a
href="https://lh4.googleusercontent.com/-igUpc2qo31I/TwS_c-3woTI/AAAAAAAAgXY/fhnkweN4rCs/s1024/IMG_5832.jpg"><img
src="https://lh4.googleusercontent.com/-igUpc2qo31I/TwS_c-3woTI/AAAAAAAAgXY/fhnkweN4rCs/s678/IMG_5832.jpg" alt="" width="678" height="452" /></a><p
class="wp-caption-text">Fot. Piotr Zdanecki</p></div><p>Nasz wyjazd powoli dobiega końca, jednak zanim opuścimy kraj trolli i fiordów zahaczymy o popularne wśród turystów <strong>Hovden</strong>. Na miejscu jesteśmy dość wcześnie, więc jeszcze tego samego dnia wyruszamy na niezbyt okazały <strong>Hovdenuten</strong>. Na pierwszy rzut oka bardzo niepozorny, jednak oferujący najciekawsze 300m w pionie całego wyjazdu. Praktycznie bez przerwy sekcje techniczne, ścianki, agrafki, ekspozycja, skały i korzenie. Tylko czemu tak krótko…?</p><p>Kolejne dni to już deszczowa przeprawa przez norweskie i szwedzkie drogi do <strong>Nynäshamn</strong>, gdzie czeka na nas prom, na którym ponownie spędzamy 10 nudnych godzin, w oczekiwaniu na przybicie do brzegu.</p><p>Dwa tygodnie spędzone na północy były bardzo ciekawe, całkowicie odmienne od tego, co możemy spotkać w polskich górach, nie mówiąc już o kontraście między Norwegią a <a
title="Kaukaz Wielki" href="http://borntoroam.pl/fotorelacje/kaukaz-wielki/">Gruzją</a>. Chętnie bym tam wrócił, jednak o innej porze roku, bo jesienna słota naprawdę jest w stanie zepsuć wyjazd. Charakter gór i trudność występujących w nich ścieżek nie dają o sobie zapomnieć, napełniając chęcią na powrót.</p><ul><li>Tekst: Piotr „Zdan” Zdanecki</li><li>Zdjęcia: Piotr „Zdan” Zdanecki, Daniel Klawczyński, Wojtek Szlachta</li></ul> ]]></content:encoded> <wfw:commentRss>http://borntoroam.pl/fotorelacje/w-krainie-trolli-i-fiordow/feed/</wfw:commentRss> <slash:comments>0</slash:comments> </item> <item><title>Wietrzna przełęcz</title><link>http://borntoroam.pl/fotorelacje/wietrzna-przelecz/</link> <comments>http://borntoroam.pl/fotorelacje/wietrzna-przelecz/#comments</comments> <pubDate>Sun, 27 Nov 2011 20:20:28 +0000</pubDate> <dc:creator>Zdan</dc:creator> <guid
isPermaLink="false">http://borntoroam.pl/?post_type=fotorelacja&#038;p=521</guid> <description><![CDATA[Tytuł relacji wynika z warunków pogodowych &#8211; na przełęczy, niemal huraganowy wiatr przewracał nas na ziemię. Dobrze, że można było schować się za kamiennym kopcem&#8230;]]></description> <content:encoded><![CDATA[<p>Tytuł relacji wynika z warunków pogodowych &#8211; na przełęczy, niemal huraganowy wiatr przewracał nas na ziemię. Dobrze, że można było schować się za kamiennym kopcem&#8230;</p> ]]></content:encoded> <wfw:commentRss>http://borntoroam.pl/fotorelacje/wietrzna-przelecz/feed/</wfw:commentRss> <slash:comments>0</slash:comments> </item> <item><title>Ponad chmurami</title><link>http://borntoroam.pl/fotorelacje/ponad-chmurami/</link> <comments>http://borntoroam.pl/fotorelacje/ponad-chmurami/#comments</comments> <pubDate>Sat, 19 Nov 2011 20:16:16 +0000</pubDate> <dc:creator>Zdan</dc:creator> <guid
isPermaLink="false">http://borntoroam.pl/?post_type=fotorelacja&#038;p=518</guid> <description><![CDATA[Tyrol po razy kolejny nie zawodzi &#8211; tym razem jazda w spektakularnych warunkach jesiennej inwersji.]]></description> <content:encoded><![CDATA[<p>Tyrol po razy kolejny nie zawodzi &#8211; tym razem jazda w spektakularnych warunkach jesiennej inwersji.</p> ]]></content:encoded> <wfw:commentRss>http://borntoroam.pl/fotorelacje/ponad-chmurami/feed/</wfw:commentRss> <slash:comments>0</slash:comments> </item> <item><title>Przednia góra</title><link>http://borntoroam.pl/fotorelacje/przednia-gora/</link> <comments>http://borntoroam.pl/fotorelacje/przednia-gora/#comments</comments> <pubDate>Fri, 11 Nov 2011 20:09:32 +0000</pubDate> <dc:creator>Zdan</dc:creator> <guid
isPermaLink="false">http://borntoroam.pl/?post_type=fotorelacja&#038;p=515</guid> <description><![CDATA[Nie ma co, było przednio!]]></description> <content:encoded><![CDATA[<p>Nie ma co, było przednio!</p> ]]></content:encoded> <wfw:commentRss>http://borntoroam.pl/fotorelacje/przednia-gora/feed/</wfw:commentRss> <slash:comments>0</slash:comments> </item> <item><title>Schnellhorn</title><link>http://borntoroam.pl/fotorelacje/schnellhorn/</link> <comments>http://borntoroam.pl/fotorelacje/schnellhorn/#comments</comments> <pubDate>Sat, 05 Nov 2011 20:04:28 +0000</pubDate> <dc:creator>Zdan</dc:creator> <guid
isPermaLink="false">http://borntoroam.pl/?post_type=fotorelacja&#038;p=513</guid> <description><![CDATA[Tym razem wschód słońca na Schnellhornie w Tyrolu.]]></description> <content:encoded><![CDATA[<p>Tym razem wschód słońca na Schnellhornie w Tyrolu.</p> ]]></content:encoded> <wfw:commentRss>http://borntoroam.pl/fotorelacje/schnellhorn/feed/</wfw:commentRss> <slash:comments>0</slash:comments> </item> <item><title>Inwersji czar</title><link>http://borntoroam.pl/fotorelacje/inwersji-czar/</link> <comments>http://borntoroam.pl/fotorelacje/inwersji-czar/#comments</comments> <pubDate>Mon, 31 Oct 2011 19:57:30 +0000</pubDate> <dc:creator>Mateusz</dc:creator> <guid
isPermaLink="false">http://borntoroam.pl/?post_type=fotorelacja&#038;p=507</guid> <description><![CDATA[Pierwsza z serii jesiennych wycieczek w Tyrol.]]></description> <content:encoded><![CDATA[<p>Pierwsza z serii jesiennych wycieczek w Tyrol.</p> ]]></content:encoded> <wfw:commentRss>http://borntoroam.pl/fotorelacje/inwersji-czar/feed/</wfw:commentRss> <slash:comments>0</slash:comments> </item> <item><title>Jesienne piekiełko</title><link>http://borntoroam.pl/fotorelacje/jesienne-piekielko/</link> <comments>http://borntoroam.pl/fotorelacje/jesienne-piekielko/#comments</comments> <pubDate>Sun, 23 Oct 2011 08:40:08 +0000</pubDate> <dc:creator>Zdan</dc:creator> <guid
isPermaLink="false">http://borntoroam.pl/?post_type=fotorelacja&#038;p=498</guid> <description><![CDATA[Tym razem pogoda nie okazała się zbyt łaskawa. Po wyjściu na grań wręcz utonęliśmy w objęciach mgły, do tego topniejący śnieg wymieszany z błotną mazią wcale nie zwiększał przyczepności. Wycieczkę kończymy, mimo że uwaleni błotem od stóp do głów, z &#8230; <a
class="more" href="http://borntoroam.pl/fotorelacje/jesienne-piekielko/">więcej &#187;</a>]]></description> <content:encoded><![CDATA[<p>Tym razem pogoda nie okazała się zbyt łaskawa. Po wyjściu na grań wręcz utonęliśmy w objęciach mgły, do tego topniejący śnieg wymieszany z błotną mazią wcale nie zwiększał przyczepności. Wycieczkę kończymy, mimo że uwaleni błotem od stóp do głów, z uśmiechami na twarzach, bo od przełęczy jazda staje się bardzo przyjemna i nawet trawers, który na podejściu wykrzywiał nam miny, nie okazał się taki straszny.</p><p>Część zdjęć z galerii autorstwa Klaudka.</p> ]]></content:encoded> <wfw:commentRss>http://borntoroam.pl/fotorelacje/jesienne-piekielko/feed/</wfw:commentRss> <slash:comments>0</slash:comments> </item> <item><title>Kaukaz Wielki</title><link>http://borntoroam.pl/fotorelacje/kaukaz-wielki/</link> <comments>http://borntoroam.pl/fotorelacje/kaukaz-wielki/#comments</comments> <pubDate>Tue, 18 Oct 2011 15:56:17 +0000</pubDate> <dc:creator>Zdan</dc:creator> <guid
isPermaLink="false">http://borntoroam.pl/?post_type=fotorelacja&#038;p=475</guid> <description><![CDATA[Prolog Pod gmach nowoczesnego, acz małego aeroportu w Tbilisi zajeżdża, mające swe lata młodości za sobą, białe Subaru. Wytacza się z niego zaspany, bo obudzony telefonem o 4 nad ranem, nasz nowy gruziński znajomy, Niko. Zabiera od nas kartony po &#8230; <a
class="more" href="http://borntoroam.pl/fotorelacje/kaukaz-wielki/">więcej &#187;</a>]]></description> <content:encoded><![CDATA[<h2>Prolog</h2><p>Pod gmach nowoczesnego, acz małego aeroportu w <strong>Tbilisi</strong> zajeżdża, mające swe lata młodości za sobą, białe Subaru. Wytacza się z niego zaspany, bo obudzony telefonem o 4 nad ranem, nasz nowy gruziński znajomy, Niko. Zabiera od nas kartony po rowerach na przechowanie do swojego domu, a my pakujemy się do marszrutki  i za drobną opłatą zabieramy się do miasta.</p><p>Z pomocą lokalsów desantujemy się gdzieś w centrum, skąd już na rowerach zmierzamy do naszego celu, czyli dworca kolejowo-autobusowego. Wcześniej jednak musimy zaopatrzyć się w miejscową walutę i kartusze z gazem, gdyż takowych samolotem przewozić nie wolno. Na nasze nieszczęście jedyny sklep turystyczny w Gruzji dysponujący gazem turystycznym jest chwilowo bez zapasów, które jak się okazuje post-factum (jakiś tydzień później), kilka dni przed naszym przylotem zostały wykupione.  Delikatnie podłamani tym faktem nie poddajemy się jednak i kontynuujemy naszą przygodę, decydując się na kulinarną improwizację.</p><p>Na dworcu, przy pomocy Niko znajdujemy kierowcę, który może nas zabrać wraz z rowerami do miejscowości Alvani, będącej jednym z pierwszych punktów naszej wyprawy przez Kaukaz Wielki, gdzie spędzimy najbliższe 10 dni. Zamieniamy nasz dotychczasowy transport na samochód wyposażony w napęd 4&#215;4, gdyż jedynie taki będzie w stanie zawieźć nas sławetną drogą do Omalo w Tuszetii, wioski znajdującej się na płaskowyżu w samym sercu gór. Przejazd wspomnianej powyżej trasy zasługuje na osobne opowiadanie, bowiem trudno opisać wrażenia z jazdy w kilku słowach. Droga wije się wzdłuż górskiego strumienia, otoczona stromymi zboczami, na osiągającą 2930m n.p.m. przełęcz Abano. Dla osób nieobdarzonych mocnymi nerwami patrzenie przez szyby podczas podróży (szczególnie, gdy nasze auto mija się z nadjeżdżającym z naprzeciwka Kamazem) jest niewskazane <img
src='http://borntoroam.pl/wp-includes/images/smilies/icon_wink.gif' alt=';)' class='wp-smiley' /></p><div
id="attachment_481" class="wp-caption alignleft" style="width: 340px"><a
title="Gruzińska kolacja" href="http://borntoroam.pl/fotorelacje/kaukaz-wielki/img_9653/" rel="attachment wp-att-481"><img
title="IMG_9653" src="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_9653.jpg" alt="" width="330" /></a><p
class="wp-caption-text">Gruzińska kolacja, fot. Daniel Klawczyński</p></div><p>Pod wieczór docieramy szczęśliwie na miejsce, gdzie po chwili znajdujemy domostwo, w którym za opłatą zostajemy bardzo miło ugoszczeni. Gospodyni nakrywa stół, który w mgnieniu oka zapełnia się tuszeckimi specjałami oraz gruzińskimi trunkami. Zmęczeni po dwóch dobach podróży padamy do łóżek…</p><p>&nbsp;</p><p><em><strong><br
/> </strong></em></p><p>&nbsp;</p><p>&nbsp;</p><h2>Etap pierwszy: Omalo – przełęcz Atsunta</h2><p>Dający się we znaki brak snu mocno opóźnia nasz wymarsz z legowiska, bowiem na rowery wsiadamy dopiero w okolicach południa. Zmagając się z bardzo mocno operującym słońcem, wolno zdobywamy wysokość szutrową drogą, przy okazji podziwiając ruiny zamku Keselo i tonącego gdzieś w chmurach czterotysięcznika, Diklosmta. Niepewność co do obranej drogi oraz zbliżająca się burza prowadzi nas pod dach robotników budujących daczę dla swojego pracodawcy. Gdy nadchodzi spodziewana ulewa, goszczą nas w chatce nieopodal i częstując swoimi wyrobami opowiadają o Gruzji, między innymi o nie tak dawnej wojnie. Deszcz sprowadził pod ten sam dach wędrującego samotnie Szweda o dalekowschodnich korzeniach i parę z Hiszpanii. Szklanki zapełniają się samodzielnie robionym winem, a gospodarze wznosząc czasami bardzo wzniosłe i patetyczne toasty, cały czas dbają by szkło gości nie było puste. Mimo, że burza dawno już minęła, a naszym oczom ukazują się piękne krajobrazy tworzone przez podeszczowe mgły, ciężko się nam zebrać. Dziękujemy za gościnę, wymieniamy się kontaktami i ruszamy w swoją stronę, by rozbić obóz tuż na początku grzbietu, który będziemy pokonywać dnia następnego.</p><p>Noc mija spokojnie, jednak po przebudzeniu widokowy wschód słońca, na który liczyłem, nie nastąpił. Niebo zasnute chmurami nie pozwala przebijać się zbyt dużej ilości promieni słońca. Po krótkim śniadaniu ruszamy w dalszą drogę. Przeprawiamy się przez trawiastą grań, podejście staje się coraz bardziej strome. Rowery lądują na plecach, jednak trud noszenia aluminium jest ciągle wynagradzany przez otaczające nas widoki. Po prawej głęboka dolina rzeki Alazani, którą prowadzi popularna wśród nielicznych przybywających tu turystów, trasa trekingowa, jednocześnie będącą jedyną drogą, którą można dostać się do głębiej położonych wiosek.</p><div
id="attachment_483" class="wp-caption aligncenter" style="width: 688px"><a
href="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_5005-2.jpg"><img
title="Freeride na grani" src="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_5005-2.jpg" alt="" width="678" /></a><p
class="wp-caption-text">Freeride na grani, fot. Piotr Zdanecki</p></div><p>Pogoda z godziny na godzinę pogarsza się, w wyniku czego na noc zostajemy uwięzieni na grani na wysokości <strong>3300</strong> <strong>m n.p.m</strong>. W dwóch sąsiednich dolinach szaleją burze. Zostawiwszy rowery z dala od nas, rozbiliśmy namiot najlepiej jak potrafiliśmy i czekaliśmy na to, co nadejdzie. Już wchodząc do prowizorycznego schronu zostaliśmy zaatakowani przez gęstą mgłę, a moment później przez ostro zacinający deszcz. Po chwili do towarzystwa dołączył niemal huraganowy wiatr, który nie zdmuchnął nas tylko dzięki dobremu przytwierdzeniu namiotu do ziemi.  Leje i wieje przez kolejnych parę godzin. Na nasze szczęście jednak burze pozostają w dolinach i nie nawiedzają nas… <em><strong></strong></em></p><div
class="wp-caption alignright" style="width: 340px"><a
href="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_0047.jpg"><img
class=" " title="Lodowaty poranek" src="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_0047.jpg" alt="" width="330" height="220" /></a><p
class="wp-caption-text">Lodowaty poranek, fot. Daniel Klawczyński</p></div><p>Ranek, eufemistycznie mówiąc, był dość rześki. Niebo pod gęstym kordonem ołowianych chmur, bez większej szansy na poprawę w nadchodzących godzinach. Przynajmniej nie pada. Doskwiera brak gazu, gdyż na tej wysokości nie rośnie nic, z czego można by wzniecić choćby najmniejszy ogień do ogrzania zziębniętych kończyn. Próbujemy rozgrzać ręce nad niewielkim płomieniem uzyskanym z tabletkowanego, suchego paliwa. Kto miał wątpliwą przyjemność korzystać z owego wynalazku wie, jak to wygląda… Kontynuujemy jazdę grzbietem przez krótki czas, bo docieramy w końcu do miejsca naszego zjazdu do doliny. Na mapie wyglądało to absurdalnie stromo, jednak tym razem rzeczywistość weryfikując stan faktyczny sprawia nam ogromny prezent, kompletnie wynagradzający cierpienia nocy i poranka. Widząc wąską, wijącą się i trawersującą zbocze ścieżkę i niekończące się nań zakręty z agrafkami, całkowicie zapominamy o zimnie, zmęczeniu, przemoczonych butach, czy obtartych stopach. Delektowanie się zjazdem trwa długo, lekko ponad kilometr deniwelacji wyzwala potężne dawki endorfin. Docieramy na samo dno doliny, nieopodal wioski Parsma, którą pomijamy i kierujemy się kawałek dalej do Girevi, gdzie mamy obowiązek zameldować się straży granicznej, by otrzymać propusk na dalszą część wyprawy. W tejże wsi, mimo wczesnej godziny, decydujemy się zostać na nocleg, by podsuszyć rzeczy i wypocząć po nieprzespanej nocy.</p><p>Kolejnego dnia wita nas piękna słoneczna pogoda, która będzie nam towarzyszyć już cały czas, aż do momentu wylotu samolotu z Tbilisi. Jeszcze nie jesteśmy świadomi, jak bardzo będziemy mieli jej dość <img
src='http://borntoroam.pl/wp-includes/images/smilies/icon_wink.gif' alt=';)' class='wp-smiley' /> Uśmiechnięci ruszamy przed siebie i… spotykamy <strong>trójkę Polaków</strong> &#8211; Beatę, Monikę i Olka (pozdrawiamy!), których głównym celem jest zdobycie najbardziej znanego szczytu Gruzji – góry Kazbek. Przed nami jednak bajkowa, trawersująca zbocze doliny, ciągnąca się przez 15km wąska ścieżka, praktycznie w całości przejezdna, zarówno w górę, jak i w dół. Wizja nudnych szutrówek znika gdzieś daleko, stłumiona przez ogromną radość z jazdy, trwającą aż do samego wieczora. Po drodze kilkukrotnie, na przemian, wyprzedzamy się z wcześniej zapoznanymi piechurami z Polski, by ostatecznie wieczorem nocować na jednej polanie. Kolacja, wspólne pogaduchy przy ognisku i lądujemy w śpiworach.</p><div
class="wp-caption aligncenter" style="width: 688px"><a
href="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_5105.jpg"><img
class=" " title="Trawers" src="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_5105.jpg" alt="" width="678" height="452" /></a><p
class="wp-caption-text">Trawers, fot.Piotr Zdanecki</p></div><p>Niestety kończy się sielanka, bo przed nami <strong>największe przedsięwzięcie wyprawy</strong>, czyli zdobycie przełęczy <strong>Atsunta (3433 m n.p.m.)</strong>, rozgraniczającej regiony Tuszetii i Chewsuretii. Zaczyna się niewinnie, bo nasza utopijna ścieżka zaczyna powoli ginąć w gęstych pokrzywach, barszczach Sosnowskiego i innych, dla mnie bezimiennych, krzakach. Podążamy kamienistą i zarośniętą ścieżką meandrującą wzdłuż rzeki Alazani, aż do momentu, gdzie napotykamy duży głaz z namalowaną strzałką wskazującą na drugi brzeg. Tuż za nim ponownie spotykamy polską ekipę, tym razem mocującą się z liną, dzięki której przerzucają plecaki na drugą stronę. Jak się okazuje, mimo tego, że koryto rzeki jest wąskie, a woda w najgłębszym miejscu sięga do połowy uda, nurt jest bardzo mocny i przejście z ciężkim bagażem nie jest takie proste. Ja, musząc sprawdzić wszystko empirycznie, jako pierwszy ochotnik pakuję się z rowerem na drugi brzeg, jednak nurt jest na tyle silny, że prawie wyrywa mi wiełasipied z rąk i tylko dzięki pomocnej linie Olka nie urządzam sobie lodowatej kąpieli <img
src='http://borntoroam.pl/wp-includes/images/smilies/icon_wink.gif' alt=';)' class='wp-smiley' /> Potem nasza ścieżka staje się węższa i coraz mocniej pnie się do góry, co owocuje kolejnym umiejscawianiem rowerów na barkach. Ponownie w towarzystwie polskiego teamu rozbijamy obóz nieopodal lepianki pasterza, który to podzielił się z nami kilkoma opowieściami ze swojego życia.</p><div
class="wp-caption aligncenter" style="width: 688px"><a
href="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_1030.jpg"><img
title="Podejście na Przełęcz Atsunta" src="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_1030.jpg" alt="" width="678" /></a><p
class="wp-caption-text">Podejście na Przełęcz Atsunta, fot. Daniel Klawczyński</p></div><p>Świadomość faktu, że przed nami jeszcze 700m w pionie na przełęcz, wygania nas z ciepłych śpiworków bardzo wcześnie. Szybkie śniadanie i zabieramy się za atak na nasz cel. Początkowo podejście zlatuje bez szczególnych ekscesów, jednakże ostatnie 500m w pionie to istne wydzieranie metra po metrze. Brak dobrej aklimatyzacji i rosnąca wysokość, zmęczenie, problemy żołądkowe i stroma, cały czas usypująca się spod nóg ścieżka, sprawiają że na górze wyglądamy jak zdjęci z krzyża. Po raz kolejny jednak otaczające nas widoki każą zapomnieć o trudzie i znoju, bo na horyzoncie majaczy oddalony o 70km, mający ponad 5000m n.p.m., Kazbek.</p><h2>Etap drugi: przełęcz Atsunta &#8211; Roshka</h2><p>Napawając się bajkowymi panoramami, o których marzyłem przygotowując wyprawę, nie sposób nie zauważyć naszego zjazdu. Kolejny raz trafiamy na genialną ścieżkę, z mnóstwem ostrych nawrotów i trawersów.</p><div
class="wp-caption aligncenter" style="width: 688px"><a
href="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_1086.jpg"><img
title="A teraz w dół!" src="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_1086.jpg" alt="" width="678" /></a><p
class="wp-caption-text">A teraz w dół!, fot.Daniel Klawczyński</p></div><p>Docieramy do wysoko położonej doliny, skąd wdrapujemy się kawałek na grzbiet Hidotani, do bólu przypominający ukraińskie połoniny. Przejazd tamtędy to bezstresowa szpula, gładkim jak stół, trawiastym grzbietem. Rozpościera się z niego wspaniały widok na zdobytą przełęcz, piętrzący się na granicy gruzińsko-czeczeńskiej cztero i pół tysięcznik Tebulosmta oraz masyw Czauchy, w pobliżu którego będziemy za kilka dni. Niestety dalsza część zjazdu na dno doliny biegnie bardzo mocno zarośniętym przez parzące Barszcze Sosnowskiego trawersem Hidotani. Ścieżka notorycznie znika w trawie, momentami jazda staje się bardzo uciążliwa, a prawdopodobieństwo zgubienia przerzutki na jednym z niewidocznych, wystających kamieni, niebezpiecznie wzrasta. Mając na ustach mocno niecenzuralne wiązanki skierowane do tego, przez co przyszło się nam przedzierać, docieramy na dół, gdzie po krótkim interwałowym akcencie dopadamy szuter, który na tamten moment był miłą odskocznią. Na koniec długiego i ciężkiego dnia czeka nas relaksacyjna szutrówka, lekko nachylona w dół, prowadząca nas prosto do kamiennego miasta, Shatili. Szukając miejsca do spania natrafiamy na umiejscowiony w przysposobionej baszcie „hotel”. Niestety jego cena mocno przekracza nasz budżet, więc udajemy się do pobliskiego domostwa, gdzie za kwotę znacznie niższą zostajemy przyjęci przez dużą i bardzo gościnną rodzinę.</p><p>Po obfitym śniadaniu przygotowanym przez domowników, leniwie ruszamy drogą do zauważonego dzień wcześniej skupiska samochodów. Naszym celem na ten dzień było przedostanie się przez drogową przełęcz Datvis-Jvarisghele w pobliże wsi Roshka. Naturalnie zdobywanie niemal 2700m n.p.m., ciągnącą się przez wiele kilometrów szutrową drogą nie było naszym sennym marzeniem.  Wobec tego zapadła decyzja o załapaniu się na jakieś jadące w tamtą stronę auto. Na nasze szczęście (później mieliśmy wątpliwości, czy to faktycznie było szczęście…), po początkowej propozycji transportu za 200 lari, udaje się nam załapać na darmowy przejazd na pace Kamaza jednego z robotników, zakładających satelitę tuż obok Shatili. Zadowoleni z takiego układu, wrzuciliśmy rowery na pojazd i sami zasiedliśmy z aparatami w ręku, licząc na ciekawą przejażdżkę z możliwością zrobienia zdjęć. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po parunastu przejechanych metrach okazało się, że nie będzie mowy o robieniu zdjęć, bo naszym głównym zajęciem w drodze na przełęcz było pilnowanie własnej skóry, by ta nie wyleciała za burtę. Koszmarnie dziurawa droga w połączeniu z prędkością przelotową i kiepską amortyzacją szczególnie zapadła w pamięć naszym pośladkom, które bezwładnie odbijały się od podłogi na każdej większej nierówności. Jednak najbardziej elektryzująca część podróży przypada na moment zjazdu z przełęczy, kiedy to kierowca… <strong>wyłącza silnik</strong>. Biorąc pod uwagę powszechnie znany fakt, że w Kamazie hamulce lubią się skończyć w mało odpowiednim momencie i dokładając do tego długi, stromy i kręty zjazd, robi się nam ciepło <img
src='http://borntoroam.pl/wp-includes/images/smilies/icon_wink.gif' alt=';)' class='wp-smiley' /> Zaufawszy jednak umiejętnościom woditiela docieramy w jednym kawałku w zamierzone miejsce.</p><p>Zakurzeni od stóp do głów, dziękujemy za transport i z wolna ruszamy w kierunku wsi Roshka, gdzie planowaliśmy zanocować. Zanim zabierzemy się za gotowanie i ułożymy się do snu, czeka nas kilka kilometrów serpentyn do podjazdu. Każdy w swoim tempie, gapiąc się na malowniczą Chewsuretię, kolejno docieramy na miejsce, gdzie zapytujemy w jednym z domostw o możliwość noclegu. Niezbyt rozgarnięta i uprzejma pani zaściela nam posłania, po czym znika bez słowa. Przyzwyczajeni do gruzińskiej gościnności czujemy się co najmniej dziwnie.</p><h2>Etap trzeci: Roshka – Kazbegi</h2><p>Po pysznym śniadaniu spożytym w jednym z gospodarstw udajemy się na kolejną wspinaczkę, na przełęcz o trudnej do wymówienia nazwie, popularnie określanej przełęczą Roshka. Skwar lejący się z nieba skutecznie utrudnia nam zadanie. Dodatkowo ścieżka po raz kolejny znika w krzakach, co odnawia ślady na całym ciele, pozostawione przez osty, pokrzywy i inne kłujące rośliny. Gramoląc się pod górę wśród pasących się krów, powolnie zdobywamy wysokość. A jest tego trochę, bowiem za cel obraliśmy sobie 3056m n.p.m. Docieramy na górę późnym popołudniem, kładące się słońce wraz z otaczającymi nas landszaftami tworzą dla naszych oczu porażającą mieszankę. Nie możemy sobie odmówić znacznych ilości zdjęć w takim miejscu, plenery wręcz powalające. Niestety koniec dnia powoli się zbliża, a my na nocleg chcemy dotrzeć do wsi Juta. Koniec końców, po kolejnym wspaniałym zjeździe ścieżką w alpejskim stylu, dojeżdżamy na camping do Juty. Przybytek dysponuje bufetem, z którego mimo późnej pory nie wahamy się skorzystać, napełniając brzuchy złocistym napojem.</p><div
class="wp-caption alignleft" style="width: 340px"><a
href="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_5297.jpg"><img
title="Masyw Czauchy" src="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_5297.jpg" alt="" width="330" /></a><p
class="wp-caption-text">Masyw Czauchy fot.Piotr Zdanecki</p></div><p>Docierając tutaj w kompletnych ciemnościach, nie mieliśmy pojęcia, że pole namiotowe mieści się u wylotu pięknej doliny. Przecierając zaspane oczy i otwierając zamek naszego namiotu, ukazuje mi się wspaniały widok na masyw Czauchy, do złudzenia przypominający formacje znane z Dolomitów. Zmęczeni po poprzednim dniu, postanawiamy trochę odpocząć w campingowym bufecie, racząc się zarówno miejscowymi przysmakami, jak i napojami lepiej nam znanymi. Po południu ruszamy jeszcze w głąb doliny i wracamy do legowiska na noc.</p><p>&nbsp;</p><p>Kolejnego dnia opuszczamy Jutę i szutrową drogą zjeżdżamy prawie do samego Kazbegi. Zasiadamy do stołów w jednej z knajpek i jedząc lokalne dania podziwiamy, będący w cieniu Kazbeka, klasztor Tsminda Sameb<em>a</em>) umiejscowiony na płaskowyżu ponad 400m nad nami. Po zakończonym posiłku zaopatrujemy się w sklepie i ruszamy pod klasztor. Rozstawiamy namiot i przy plastikowych kubkach, wypełnionych ciepłym piwem, gawędzimy o wydarzeniach minionych dni… <em><strong></strong></em></p><div
class="wp-caption aligncenter" style="width: 688px"><a
href="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_5327.jpg"><img
title="Andrzej z klasztorem Tsminda Sameba" src="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_5327.jpg" alt="" width="678" /></a><p
class="wp-caption-text">Andrzej z klasztorem Tsminda Sameba, fot.Piotr Zdanecki</p></div><h2>Epilog</h2><p>Po śniadaniu nieśpiesznie ruszamy w dół do Kazbegi, gdzie wynajmujemy transport z powrotem do Tbilisi. Im bliżej miasta, tym upał coraz większy, w centrum sięgający <strong>43°C</strong> w cieniu. W stolicy spędzamy trzy kolejne dni na leniwym zwiedzaniu, kupowaniu pamiątek i pogaduchach z Niko, od którego na pożegnanie dostajemy po butelce domowego wina i butelkę Chachy. Nadajemy bagaż na lotnisku, wchodzimy na pokład samolotu i tak kończy się nasza kaukaska opowieść…</p><p>Spędziliśmy w Gruzji razem z Andrzejem i Danielem 16 dni, z czego większość w absolutnie dzikich, potężnych i pięknych górach, nieskażonych cywilizacją. Niesamowitym jest, że wciąż istnieją miejsca, gdzie ludzie żyją, jakby czas zatrzymał się sto lat temu. Ludzie bardzo otwarci, serdeczni i bezinteresowni, w miejscach, gdzie nie można dotrzeć inaczej, jak konno lub pieszo. Prowadzą bardzo skromne życie, często w biedzie, zajmują się hodowlą owiec, bydła i drobnymi uprawami. W trakcie wyjazdu plułem sobie w brodę, że zabrałem ze sobą rower i zarzekałem się, że już tam na pewno nie wrócę. Czasami było ciężko, bardzo ciężko. Organizm nieprzyzwyczajony do takich temperatur, ostrego słońca, bakterii obecnych w jedzeniu i górskich potokach. Długie, wyczerpujące podejścia z rowerem na barkach, w obcierających stopy butach z 15kg plecakiem. Ale było warto. W momencie pisania tych słów jestem gotów wsiąść w samolot choćby teraz, i przeżyć tę samą wyprawę <strong>jeszcze raz</strong>.</p><p><em>Madloba!</em></p><div
id="attachment_482" class="wp-caption aligncenter" style="width: 688px"><a
href="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_1679.jpg"><img
class="size-full wp-image-482 " title="Gruzja - veni, vidi, pojeździli!" src="http://borntoroam.pl/wp-content/uploads/2011/10/IMG_1679.jpg" alt="" width="678" height="452" /></a><p
class="wp-caption-text">Gruzja - veni, vidi, pojeździli! Fot.Daniel Klawczyński</p></div><ul><li>Tekst:  Piotr &#8222;Zdan&#8221; Zdanecki,</li><li>Zdjęcia:  Piotr &#8222;Zdan&#8221; Zdanecki, Daniel Klawczyński, Andrzej Nycz</li></ul><p>&nbsp;</p> ]]></content:encoded> <wfw:commentRss>http://borntoroam.pl/fotorelacje/kaukaz-wielki/feed/</wfw:commentRss> <slash:comments>1</slash:comments> </item> <item><title>Czerwone Wierchy na biało</title><link>http://borntoroam.pl/fotorelacje/czerwone-wierchy-na-bialo/</link> <comments>http://borntoroam.pl/fotorelacje/czerwone-wierchy-na-bialo/#comments</comments> <pubDate>Sun, 16 Oct 2011 08:22:16 +0000</pubDate> <dc:creator>Zdan</dc:creator> <guid
isPermaLink="false">http://borntoroam.pl/?post_type=fotorelacja&#038;p=495</guid> <description><![CDATA[Niestety w tym roku zima zaatakowała bardzo wcześnie, więc zamieniamy rowery na buty i korzystając z pięknej pogody, wraz z Kacprem i Karolem atakujemy Tatry. Trasa: Kiry &#8211; Dolina Kościeliska &#8211; Piec &#8211; Chuda przełączka &#8211; Ciemniak &#8211; Krzesanica &#8211; &#8230; <a
class="more" href="http://borntoroam.pl/fotorelacje/czerwone-wierchy-na-bialo/">więcej &#187;</a>]]></description> <content:encoded><![CDATA[<p>Niestety w tym roku zima zaatakowała bardzo wcześnie, więc zamieniamy rowery na buty i korzystając z pięknej pogody, wraz z Kacprem i Karolem atakujemy Tatry.</p><p>Trasa: Kiry &#8211; Dolina Kościeliska &#8211; Piec &#8211; Chuda przełączka &#8211; Ciemniak &#8211; Krzesanica &#8211; Małołączniak &#8211; Kopa Kondracka &#8211; Przełęcz pod Kopą &#8211; Dolina Kondratowa &#8211; Kuźnice</p> ]]></content:encoded> <wfw:commentRss>http://borntoroam.pl/fotorelacje/czerwone-wierchy-na-bialo/feed/</wfw:commentRss> <slash:comments>2</slash:comments> </item> <item><title>&#8230;na żółto i na niebiesko</title><link>http://borntoroam.pl/fotorelacje/na-zolto-i-na-niebiesko/</link> <comments>http://borntoroam.pl/fotorelacje/na-zolto-i-na-niebiesko/#comments</comments> <pubDate>Sat, 01 Oct 2011 07:45:36 +0000</pubDate> <dc:creator>Zdan</dc:creator> <guid
isPermaLink="false">http://borntoroam.pl/?post_type=fotorelacja&#038;p=492</guid> <description><![CDATA[W górach.]]></description> <content:encoded><![CDATA[<p>W górach.</p> ]]></content:encoded> <wfw:commentRss>http://borntoroam.pl/fotorelacje/na-zolto-i-na-niebiesko/feed/</wfw:commentRss> <slash:comments>0</slash:comments> </item> </channel> </rss>
<!-- Performance optimized by W3 Total Cache. Learn more: http://www.w3-edge.com/wordpress-plugins/

Minified using disk
Page Caching using disk
Object Caching 1075/1224 objects using disk

Served from: borntoroam.pl @ 2012-02-23 04:34:37 -->
