Chłodne powitanie

1

Pierwszy dzień jazdy naszej 7-dniowej wyprawy do Szwajcarii zaczął się w sumie już podczas dojazdu z Polski na miejsce przeznaczenia. Mocno ośnieżona przełęcz Furka przebudziła mnie i Zdana z nużącej podróży i poważnie podważyła nasze nadzieje na pojeżdżenie (na rowerach, nart nie było w planie). W końcu to „tylko” prawie 2500 metrów, a plany na jazdę sięgały trochę wyżej. Widok na góry z naszej bazy, Tasch również nie wróżył zbyt dobrze. To przecież sam początek września!

No ale ok, na pierwszy ogień proponuję małą traskę nad naszą bazą. Drobne 600 metrów przewyższenia i zjazd, którym jechałem pięć lat temu i zapamiętałem jako fajny. Na mapie też sporo zygzaków, więc nie będzie źle, taka tam rozgrzewka, do tego raczej bez śniegu. Szybko wydostajemy się na docelowe 2 000 metrów i pozostaje przedostanie się Europawegiem do naszej ścieżki. Jednak pogoda robi się całkiem niezła i postanawiamy dostać się wyżej. Cel to Taschhutte, schronisko na 2700 metrów. Już kawałek po rozpoczęciu drugiej części podejścia zaczyna się śnieg, a właściwie śnieżno-błotna topniejąca breja. W takich warunkach docieramy do schroniska, gdzie pożywiamy się wurstem z chlebem w cenie, o której już zapomniałem :)

Dobra, teraz najważniejsze, czyli zjazd. Zjazd oczywiście nie szutrówą, którą tu przybyliśmy tylko ledwo zaznaczoną na mapie ścieżką. Co najgorsze „w realu” obecnie też jest ona ledwo zaznaczona, wiodąc gdzieś pod kilkunastocentymetrową warstwą śniegu. Jazda jednak jest całkiem przyjemna, pomimo średnich warunków. Tylko kilka średnio trudnych jak na szwajcarskie warunki agrafek świadczy o tym, że ścieżka jest z gatunku raczej tych prostych, ale i przyjemnych. Po drodze powoli śnieg ustępuje coraz bardziej przesuszonej ziemi. Największym problemem okazuje się stado biało-czarnych kóz, które bardzo chcą iść ścieżką w dół przed nami (nie działało ani ich rodzime WON, ani nasze swojskie spiep..rzajcie, ani dobrotliwe „chcemy tylko przejechać obok was, nie jesteśmy z Grecji”). Na dole jest już całkiem sucho, więc nie tracimy czasu i lecimy na pierwotnie założoną ścieżkę. Transferowy Europaweg, który kojarzy się raczej z łagodnym trawersem dla wszystkich ukazuje również swoje trudniejsze oblicze. Kilka całkiem ciasnych agrafek, czasami z przeszkodami pozwala wreszcie poczuć się jak w Szwajcarii :) Mijamy pierwszy szlak prowadzący do Tasch i lecimy na drugi. Szlak to pomieszanie szybkiej, korzeniastej ścieżki przeplatanej, a jakże, agrafkami, tym razem jednak w wersji szerokiej, bezpiwotowej :) Nachylenie pozwala spokojnie rozpędzić się bez dokręcania i jednocześnie nie daje odpoczynku hamulcom na dohamowaniach przez zakrętami. Wylatujemy na asfalt prawie przy naszej bazie. Teraz tylko pozostaje zaplanować kolejny dzień.

Dolną cześć zjazd możecie zobaczyć na filmiku:

Zobacz także...

...poprzednią: , kolejną: lub inne fotorelacje »

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

* Copy this password:

* Type or paste password here:

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>