Kaukaz Wielki

IMG_5289-2

Prolog

Pod gmach nowoczesnego, acz małego aeroportu w Tbilisi zajeżdża, mające swe lata młodości za sobą, białe Subaru. Wytacza się z niego zaspany, bo obudzony telefonem o 4 nad ranem, nasz nowy gruziński znajomy, Niko. Zabiera od nas kartony po rowerach na przechowanie do swojego domu, a my pakujemy się do marszrutki  i za drobną opłatą zabieramy się do miasta.

Z pomocą lokalsów desantujemy się gdzieś w centrum, skąd już na rowerach zmierzamy do naszego celu, czyli dworca kolejowo-autobusowego. Wcześniej jednak musimy zaopatrzyć się w miejscową walutę i kartusze z gazem, gdyż takowych samolotem przewozić nie wolno. Na nasze nieszczęście jedyny sklep turystyczny w Gruzji dysponujący gazem turystycznym jest chwilowo bez zapasów, które jak się okazuje post-factum (jakiś tydzień później), kilka dni przed naszym przylotem zostały wykupione.  Delikatnie podłamani tym faktem nie poddajemy się jednak i kontynuujemy naszą przygodę, decydując się na kulinarną improwizację.

Na dworcu, przy pomocy Niko znajdujemy kierowcę, który może nas zabrać wraz z rowerami do miejscowości Alvani, będącej jednym z pierwszych punktów naszej wyprawy przez Kaukaz Wielki, gdzie spędzimy najbliższe 10 dni. Zamieniamy nasz dotychczasowy transport na samochód wyposażony w napęd 4×4, gdyż jedynie taki będzie w stanie zawieźć nas sławetną drogą do Omalo w Tuszetii, wioski znajdującej się na płaskowyżu w samym sercu gór. Przejazd wspomnianej powyżej trasy zasługuje na osobne opowiadanie, bowiem trudno opisać wrażenia z jazdy w kilku słowach. Droga wije się wzdłuż górskiego strumienia, otoczona stromymi zboczami, na osiągającą 2930m n.p.m. przełęcz Abano. Dla osób nieobdarzonych mocnymi nerwami patrzenie przez szyby podczas podróży (szczególnie, gdy nasze auto mija się z nadjeżdżającym z naprzeciwka Kamazem) jest niewskazane ;)

Gruzińska kolacja, fot. Daniel Klawczyński

Pod wieczór docieramy szczęśliwie na miejsce, gdzie po chwili znajdujemy domostwo, w którym za opłatą zostajemy bardzo miło ugoszczeni. Gospodyni nakrywa stół, który w mgnieniu oka zapełnia się tuszeckimi specjałami oraz gruzińskimi trunkami. Zmęczeni po dwóch dobach podróży padamy do łóżek…

 


 

 

Etap pierwszy: Omalo – przełęcz Atsunta

Dający się we znaki brak snu mocno opóźnia nasz wymarsz z legowiska, bowiem na rowery wsiadamy dopiero w okolicach południa. Zmagając się z bardzo mocno operującym słońcem, wolno zdobywamy wysokość szutrową drogą, przy okazji podziwiając ruiny zamku Keselo i tonącego gdzieś w chmurach czterotysięcznika, Diklosmta. Niepewność co do obranej drogi oraz zbliżająca się burza prowadzi nas pod dach robotników budujących daczę dla swojego pracodawcy. Gdy nadchodzi spodziewana ulewa, goszczą nas w chatce nieopodal i częstując swoimi wyrobami opowiadają o Gruzji, między innymi o nie tak dawnej wojnie. Deszcz sprowadził pod ten sam dach wędrującego samotnie Szweda o dalekowschodnich korzeniach i parę z Hiszpanii. Szklanki zapełniają się samodzielnie robionym winem, a gospodarze wznosząc czasami bardzo wzniosłe i patetyczne toasty, cały czas dbają by szkło gości nie było puste. Mimo, że burza dawno już minęła, a naszym oczom ukazują się piękne krajobrazy tworzone przez podeszczowe mgły, ciężko się nam zebrać. Dziękujemy za gościnę, wymieniamy się kontaktami i ruszamy w swoją stronę, by rozbić obóz tuż na początku grzbietu, który będziemy pokonywać dnia następnego.

Noc mija spokojnie, jednak po przebudzeniu widokowy wschód słońca, na który liczyłem, nie nastąpił. Niebo zasnute chmurami nie pozwala przebijać się zbyt dużej ilości promieni słońca. Po krótkim śniadaniu ruszamy w dalszą drogę. Przeprawiamy się przez trawiastą grań, podejście staje się coraz bardziej strome. Rowery lądują na plecach, jednak trud noszenia aluminium jest ciągle wynagradzany przez otaczające nas widoki. Po prawej głęboka dolina rzeki Alazani, którą prowadzi popularna wśród nielicznych przybywających tu turystów, trasa trekingowa, jednocześnie będącą jedyną drogą, którą można dostać się do głębiej położonych wiosek.

Freeride na grani, fot. Piotr Zdanecki

Pogoda z godziny na godzinę pogarsza się, w wyniku czego na noc zostajemy uwięzieni na grani na wysokości 3300 m n.p.m. W dwóch sąsiednich dolinach szaleją burze. Zostawiwszy rowery z dala od nas, rozbiliśmy namiot najlepiej jak potrafiliśmy i czekaliśmy na to, co nadejdzie. Już wchodząc do prowizorycznego schronu zostaliśmy zaatakowani przez gęstą mgłę, a moment później przez ostro zacinający deszcz. Po chwili do towarzystwa dołączył niemal huraganowy wiatr, który nie zdmuchnął nas tylko dzięki dobremu przytwierdzeniu namiotu do ziemi.  Leje i wieje przez kolejnych parę godzin. Na nasze szczęście jednak burze pozostają w dolinach i nie nawiedzają nas…

Lodowaty poranek, fot. Daniel Klawczyński

Ranek, eufemistycznie mówiąc, był dość rześki. Niebo pod gęstym kordonem ołowianych chmur, bez większej szansy na poprawę w nadchodzących godzinach. Przynajmniej nie pada. Doskwiera brak gazu, gdyż na tej wysokości nie rośnie nic, z czego można by wzniecić choćby najmniejszy ogień do ogrzania zziębniętych kończyn. Próbujemy rozgrzać ręce nad niewielkim płomieniem uzyskanym z tabletkowanego, suchego paliwa. Kto miał wątpliwą przyjemność korzystać z owego wynalazku wie, jak to wygląda… Kontynuujemy jazdę grzbietem przez krótki czas, bo docieramy w końcu do miejsca naszego zjazdu do doliny. Na mapie wyglądało to absurdalnie stromo, jednak tym razem rzeczywistość weryfikując stan faktyczny sprawia nam ogromny prezent, kompletnie wynagradzający cierpienia nocy i poranka. Widząc wąską, wijącą się i trawersującą zbocze ścieżkę i niekończące się nań zakręty z agrafkami, całkowicie zapominamy o zimnie, zmęczeniu, przemoczonych butach, czy obtartych stopach. Delektowanie się zjazdem trwa długo, lekko ponad kilometr deniwelacji wyzwala potężne dawki endorfin. Docieramy na samo dno doliny, nieopodal wioski Parsma, którą pomijamy i kierujemy się kawałek dalej do Girevi, gdzie mamy obowiązek zameldować się straży granicznej, by otrzymać propusk na dalszą część wyprawy. W tejże wsi, mimo wczesnej godziny, decydujemy się zostać na nocleg, by podsuszyć rzeczy i wypocząć po nieprzespanej nocy.

Kolejnego dnia wita nas piękna słoneczna pogoda, która będzie nam towarzyszyć już cały czas, aż do momentu wylotu samolotu z Tbilisi. Jeszcze nie jesteśmy świadomi, jak bardzo będziemy mieli jej dość ;) Uśmiechnięci ruszamy przed siebie i… spotykamy trójkę Polaków – Beatę, Monikę i Olka (pozdrawiamy!), których głównym celem jest zdobycie najbardziej znanego szczytu Gruzji – góry Kazbek. Przed nami jednak bajkowa, trawersująca zbocze doliny, ciągnąca się przez 15km wąska ścieżka, praktycznie w całości przejezdna, zarówno w górę, jak i w dół. Wizja nudnych szutrówek znika gdzieś daleko, stłumiona przez ogromną radość z jazdy, trwającą aż do samego wieczora. Po drodze kilkukrotnie, na przemian, wyprzedzamy się z wcześniej zapoznanymi piechurami z Polski, by ostatecznie wieczorem nocować na jednej polanie. Kolacja, wspólne pogaduchy przy ognisku i lądujemy w śpiworach.

Trawers, fot.Piotr Zdanecki

Niestety kończy się sielanka, bo przed nami największe przedsięwzięcie wyprawy, czyli zdobycie przełęczy Atsunta (3433 m n.p.m.), rozgraniczającej regiony Tuszetii i Chewsuretii. Zaczyna się niewinnie, bo nasza utopijna ścieżka zaczyna powoli ginąć w gęstych pokrzywach, barszczach Sosnowskiego i innych, dla mnie bezimiennych, krzakach. Podążamy kamienistą i zarośniętą ścieżką meandrującą wzdłuż rzeki Alazani, aż do momentu, gdzie napotykamy duży głaz z namalowaną strzałką wskazującą na drugi brzeg. Tuż za nim ponownie spotykamy polską ekipę, tym razem mocującą się z liną, dzięki której przerzucają plecaki na drugą stronę. Jak się okazuje, mimo tego, że koryto rzeki jest wąskie, a woda w najgłębszym miejscu sięga do połowy uda, nurt jest bardzo mocny i przejście z ciężkim bagażem nie jest takie proste. Ja, musząc sprawdzić wszystko empirycznie, jako pierwszy ochotnik pakuję się z rowerem na drugi brzeg, jednak nurt jest na tyle silny, że prawie wyrywa mi wiełasipied z rąk i tylko dzięki pomocnej linie Olka nie urządzam sobie lodowatej kąpieli ;) Potem nasza ścieżka staje się węższa i coraz mocniej pnie się do góry, co owocuje kolejnym umiejscawianiem rowerów na barkach. Ponownie w towarzystwie polskiego teamu rozbijamy obóz nieopodal lepianki pasterza, który to podzielił się z nami kilkoma opowieściami ze swojego życia.

Podejście na Przełęcz Atsunta, fot. Daniel Klawczyński

Świadomość faktu, że przed nami jeszcze 700m w pionie na przełęcz, wygania nas z ciepłych śpiworków bardzo wcześnie. Szybkie śniadanie i zabieramy się za atak na nasz cel. Początkowo podejście zlatuje bez szczególnych ekscesów, jednakże ostatnie 500m w pionie to istne wydzieranie metra po metrze. Brak dobrej aklimatyzacji i rosnąca wysokość, zmęczenie, problemy żołądkowe i stroma, cały czas usypująca się spod nóg ścieżka, sprawiają że na górze wyglądamy jak zdjęci z krzyża. Po raz kolejny jednak otaczające nas widoki każą zapomnieć o trudzie i znoju, bo na horyzoncie majaczy oddalony o 70km, mający ponad 5000m n.p.m., Kazbek.

Etap drugi: przełęcz Atsunta – Roshka

Napawając się bajkowymi panoramami, o których marzyłem przygotowując wyprawę, nie sposób nie zauważyć naszego zjazdu. Kolejny raz trafiamy na genialną ścieżkę, z mnóstwem ostrych nawrotów i trawersów.

A teraz w dół!, fot.Daniel Klawczyński

Docieramy do wysoko położonej doliny, skąd wdrapujemy się kawałek na grzbiet Hidotani, do bólu przypominający ukraińskie połoniny. Przejazd tamtędy to bezstresowa szpula, gładkim jak stół, trawiastym grzbietem. Rozpościera się z niego wspaniały widok na zdobytą przełęcz, piętrzący się na granicy gruzińsko-czeczeńskiej cztero i pół tysięcznik Tebulosmta oraz masyw Czauchy, w pobliżu którego będziemy za kilka dni. Niestety dalsza część zjazdu na dno doliny biegnie bardzo mocno zarośniętym przez parzące Barszcze Sosnowskiego trawersem Hidotani. Ścieżka notorycznie znika w trawie, momentami jazda staje się bardzo uciążliwa, a prawdopodobieństwo zgubienia przerzutki na jednym z niewidocznych, wystających kamieni, niebezpiecznie wzrasta. Mając na ustach mocno niecenzuralne wiązanki skierowane do tego, przez co przyszło się nam przedzierać, docieramy na dół, gdzie po krótkim interwałowym akcencie dopadamy szuter, który na tamten moment był miłą odskocznią. Na koniec długiego i ciężkiego dnia czeka nas relaksacyjna szutrówka, lekko nachylona w dół, prowadząca nas prosto do kamiennego miasta, Shatili. Szukając miejsca do spania natrafiamy na umiejscowiony w przysposobionej baszcie „hotel”. Niestety jego cena mocno przekracza nasz budżet, więc udajemy się do pobliskiego domostwa, gdzie za kwotę znacznie niższą zostajemy przyjęci przez dużą i bardzo gościnną rodzinę.

Po obfitym śniadaniu przygotowanym przez domowników, leniwie ruszamy drogą do zauważonego dzień wcześniej skupiska samochodów. Naszym celem na ten dzień było przedostanie się przez drogową przełęcz Datvis-Jvarisghele w pobliże wsi Roshka. Naturalnie zdobywanie niemal 2700m n.p.m., ciągnącą się przez wiele kilometrów szutrową drogą nie było naszym sennym marzeniem.  Wobec tego zapadła decyzja o załapaniu się na jakieś jadące w tamtą stronę auto. Na nasze szczęście (później mieliśmy wątpliwości, czy to faktycznie było szczęście…), po początkowej propozycji transportu za 200 lari, udaje się nam załapać na darmowy przejazd na pace Kamaza jednego z robotników, zakładających satelitę tuż obok Shatili. Zadowoleni z takiego układu, wrzuciliśmy rowery na pojazd i sami zasiedliśmy z aparatami w ręku, licząc na ciekawą przejażdżkę z możliwością zrobienia zdjęć. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po parunastu przejechanych metrach okazało się, że nie będzie mowy o robieniu zdjęć, bo naszym głównym zajęciem w drodze na przełęcz było pilnowanie własnej skóry, by ta nie wyleciała za burtę. Koszmarnie dziurawa droga w połączeniu z prędkością przelotową i kiepską amortyzacją szczególnie zapadła w pamięć naszym pośladkom, które bezwładnie odbijały się od podłogi na każdej większej nierówności. Jednak najbardziej elektryzująca część podróży przypada na moment zjazdu z przełęczy, kiedy to kierowca… wyłącza silnik. Biorąc pod uwagę powszechnie znany fakt, że w Kamazie hamulce lubią się skończyć w mało odpowiednim momencie i dokładając do tego długi, stromy i kręty zjazd, robi się nam ciepło ;) Zaufawszy jednak umiejętnościom woditiela docieramy w jednym kawałku w zamierzone miejsce.

Zakurzeni od stóp do głów, dziękujemy za transport i z wolna ruszamy w kierunku wsi Roshka, gdzie planowaliśmy zanocować. Zanim zabierzemy się za gotowanie i ułożymy się do snu, czeka nas kilka kilometrów serpentyn do podjazdu. Każdy w swoim tempie, gapiąc się na malowniczą Chewsuretię, kolejno docieramy na miejsce, gdzie zapytujemy w jednym z domostw o możliwość noclegu. Niezbyt rozgarnięta i uprzejma pani zaściela nam posłania, po czym znika bez słowa. Przyzwyczajeni do gruzińskiej gościnności czujemy się co najmniej dziwnie.

Etap trzeci: Roshka – Kazbegi

Po pysznym śniadaniu spożytym w jednym z gospodarstw udajemy się na kolejną wspinaczkę, na przełęcz o trudnej do wymówienia nazwie, popularnie określanej przełęczą Roshka. Skwar lejący się z nieba skutecznie utrudnia nam zadanie. Dodatkowo ścieżka po raz kolejny znika w krzakach, co odnawia ślady na całym ciele, pozostawione przez osty, pokrzywy i inne kłujące rośliny. Gramoląc się pod górę wśród pasących się krów, powolnie zdobywamy wysokość. A jest tego trochę, bowiem za cel obraliśmy sobie 3056m n.p.m. Docieramy na górę późnym popołudniem, kładące się słońce wraz z otaczającymi nas landszaftami tworzą dla naszych oczu porażającą mieszankę. Nie możemy sobie odmówić znacznych ilości zdjęć w takim miejscu, plenery wręcz powalające. Niestety koniec dnia powoli się zbliża, a my na nocleg chcemy dotrzeć do wsi Juta. Koniec końców, po kolejnym wspaniałym zjeździe ścieżką w alpejskim stylu, dojeżdżamy na camping do Juty. Przybytek dysponuje bufetem, z którego mimo późnej pory nie wahamy się skorzystać, napełniając brzuchy złocistym napojem.

Masyw Czauchy fot.Piotr Zdanecki

Docierając tutaj w kompletnych ciemnościach, nie mieliśmy pojęcia, że pole namiotowe mieści się u wylotu pięknej doliny. Przecierając zaspane oczy i otwierając zamek naszego namiotu, ukazuje mi się wspaniały widok na masyw Czauchy, do złudzenia przypominający formacje znane z Dolomitów. Zmęczeni po poprzednim dniu, postanawiamy trochę odpocząć w campingowym bufecie, racząc się zarówno miejscowymi przysmakami, jak i napojami lepiej nam znanymi. Po południu ruszamy jeszcze w głąb doliny i wracamy do legowiska na noc.

 

Kolejnego dnia opuszczamy Jutę i szutrową drogą zjeżdżamy prawie do samego Kazbegi. Zasiadamy do stołów w jednej z knajpek i jedząc lokalne dania podziwiamy, będący w cieniu Kazbeka, klasztor Tsminda Sameba) umiejscowiony na płaskowyżu ponad 400m nad nami. Po zakończonym posiłku zaopatrujemy się w sklepie i ruszamy pod klasztor. Rozstawiamy namiot i przy plastikowych kubkach, wypełnionych ciepłym piwem, gawędzimy o wydarzeniach minionych dni…

Andrzej z klasztorem Tsminda Sameba, fot.Piotr Zdanecki

Epilog

Po śniadaniu nieśpiesznie ruszamy w dół do Kazbegi, gdzie wynajmujemy transport z powrotem do Tbilisi. Im bliżej miasta, tym upał coraz większy, w centrum sięgający 43°C w cieniu. W stolicy spędzamy trzy kolejne dni na leniwym zwiedzaniu, kupowaniu pamiątek i pogaduchach z Niko, od którego na pożegnanie dostajemy po butelce domowego wina i butelkę Chachy. Nadajemy bagaż na lotnisku, wchodzimy na pokład samolotu i tak kończy się nasza kaukaska opowieść…

Spędziliśmy w Gruzji razem z Andrzejem i Danielem 16 dni, z czego większość w absolutnie dzikich, potężnych i pięknych górach, nieskażonych cywilizacją. Niesamowitym jest, że wciąż istnieją miejsca, gdzie ludzie żyją, jakby czas zatrzymał się sto lat temu. Ludzie bardzo otwarci, serdeczni i bezinteresowni, w miejscach, gdzie nie można dotrzeć inaczej, jak konno lub pieszo. Prowadzą bardzo skromne życie, często w biedzie, zajmują się hodowlą owiec, bydła i drobnymi uprawami. W trakcie wyjazdu plułem sobie w brodę, że zabrałem ze sobą rower i zarzekałem się, że już tam na pewno nie wrócę. Czasami było ciężko, bardzo ciężko. Organizm nieprzyzwyczajony do takich temperatur, ostrego słońca, bakterii obecnych w jedzeniu i górskich potokach. Długie, wyczerpujące podejścia z rowerem na barkach, w obcierających stopy butach z 15kg plecakiem. Ale było warto. W momencie pisania tych słów jestem gotów wsiąść w samolot choćby teraz, i przeżyć tę samą wyprawę jeszcze raz.

Madloba!

Gruzja - veni, vidi, pojeździli! Fot.Daniel Klawczyński

  • Tekst:  Piotr „Zdan” Zdanecki,
  • Zdjęcia:  Piotr „Zdan” Zdanecki, Daniel Klawczyński, Andrzej Nycz

 

Zobacz także...

...poprzednią: , kolejną: lub inne fotorelacje »

Komentarze (11)

  1. PIĘKNA wyprawa! Gratuluję i oczywiście zazdroszczę :D

  2. Kifol

    Bajeczna wyprawa. MTB to raczej nie moje klimaty ale tym bardziej jestem pod wrazeniem.

  3. Marta Solich

    Niezła jazda.
    Pozdrawiamy serdecznie z Bielska:)

  4. Piękna i ciężka wyprawa. Bardzo ładne, inspirujące zdjęcia. Ciekaw jestem ile procent trasy dało się jechać?

    • Zdan

      Dzięki :) Cóż, trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na Twoje pytanie. W dół, dla mnie, 99% było przejezdne. Pod górę, o ile była dostępna jakaś szutrówka, też się dało jechać. Wyżej w górach już nie było mowy o podjeżdżaniu, pozostawało pchanie i noszenie żelastwa :)

  5. shadok

    Niesamowita opowieść… Niesamowite zdjęcia…
    Na taką wyprawę trzeba mieć jaja, gratuluje pomysłu i odwagi ;)

  6. Lechu

    Świetna opowieść, czyta się jednym tchem.
    Zazdroszczę wyprawy, coś pięknego.
    Czy mieliście trasę dokładnie opracowaną wcześniej, czy improwizowaliście?

    • Zdan

      Hej!
      Cieszę się, że się podobało :) Trasę z grubsza opracowałem przed wyjazdem. Oczywiście czasami, jak to w górach, trzeba było improwizować, ale generalnie lepiej mieć coś w miarę pewnego przed wyjazdem, niż potem błądzić po krzakach :)

  7. Aska

    R E W E L A C J A !
    Zdjęcia mistrzowskie. Masz talent:):):)
    Byłam w tych rejonach w tamtym roku. I planuję tam być w przyszłym:) Twoje zdjęcia odświeżyły pamięć:) Dzięki Tobie już nie mogę doczekać się wyjazdu:)
    A te głowy to gdzie są?
    Wielkie dzięki:)
    Pozdrawiam

Odpowiedz na Zdan Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

* Copy this password:

* Type or paste password here:

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>