Ladakh FR 2013 – Na otarcie łez

240_2

Odcinek 4: Na otarcie łez

Po powrocie do Leh z naszej wycieczki aklimatyzacyjnej, próbujemy jak najszybciej ogarnąć wszelakie zakupy oraz logistykę, gdyż wyruszamy do wioski Korzok leżącej nad brzegiem jeziorka Moriri. Nad nim, na ponad 6600m n.p.m., wznoszą się dwa szczyty – Chamser Kangri i Lungser Kangri. Zarówno daniem głównym, jak i wisienką na torcie naszej wyprawy miało być wtaszczenie ze sobą rowerów na pierwszy z nich, a potem freeride w najczystszej postaci – zjazd w dzikim terenie, po śniegu, lodzie, piargach i wszystkim tym, co tylko wpadnie nam pod koła.

Chamser i Lungser Kangri, a pod nimi Tso Moriri, fot. Piotr Zdanecki

Przygotowania i organizacja transportu zajęły nam 1.5 dnia, tak więc po 3 dniach od opuszczenia campingu w Kanji ponownie pakujemy rowery na dach auta i ruszamy w kilkugodzinną drogę. Mimo niewielkiego dystansu czas przejazdu jest bardzo długi – droga to w większości szutrówka z mniejszą lub większą ilością przeszkód. Późnym popołudniem docieramy na miejsce i otrzymujemy wiadomość, która nas totalnie załamała i zniweczyła nasze plany o rowerowym podbiciu Chamsera. Nie dalej jak kilka dni wcześniej u podnóża góry rozbiła obóz indyjska armia (nasz cel jest położony niemal na granicy indyjsko-chińskiej) z powodu zaostrzenia działań militarnych i nie ma możliwości, żebyśmy zostali wpuszczeni na szczyt. Pozostaje nam topienie smutku w kilku butelkach Godfathera i obserwowanie z żalem zachodu słońca nad Tso Moriri.

Pozdrowienia dla indyjskiej armii, fot. Klaudiusz Duda

Nazajutrz podejmujemy decyzję o szybkiej ewakuacji z tego pięknego miejsca i zrobieniu trasy „na otarcie łez” w pobliżu Leh. Szybko organizujemy transport do naszego centrum dowodzenia, gdzie jeszcze tego samego wieczoru, zdziwieni naszym błyskawicznym powrotem Sarah i Sohrab pomagają nam załatwić taxi na nadchodzący poranek. Jednakże przed opuszczeniem rejonu Tso Moriri nie możemy sobie odmówić foto sesji w tak pięknych okolicznościach przyrody, więc tuż za Korzokiem prosimy naszego kierowcę o zatrzymanie się i wyskakujemy na najbliższy pagórek uzbrojeni w rowery i aparaty.

W okolicy Tso Moriri, fot. Piotr Zdanecki

O umówionej godzinie pojawia się nasz driver, ponownie odbywa się rytuał pakowania rowerów i mkniemy do Zingchen, skąd już o własnych siłach pokonujemy dolinę w kierunku wioski Rumbak. Dolina zdecydowanie nie nadaje się do pokonywania jej na rowerach w kierunku odwrotnym niż grawitacja – kilka kilometrów pchania, noszenia i pokonywania potoków. O tym, że zapewnia całkiem dobry zjazd dowiemy się dopiero za kilka dni.

Po przerwie i krótkiej regeneracji sił we wsi Rumbak, na ruszt wrzucamy przełęcz Ganda, która jest popularnym celem wśród piechurów i wszelakiej maści agencji turystycznych organizujących wycieczki po okolicy. Prawym zboczem doliny ciągnie się w nieskończoność niemal płaska ścieżynka. Po sporej ilości dni spędzonych na wysokości, Klaudek i Pucek pędzą do przodu, a ja czuję, że to zdecydowanie nie jest mój dzień. W końcu tracę ich z oczu. Próbując, chociaż trochę, nadgonić stratę, wsiadam na rower i staram się podjeżdżać. Mimo niewielkiego nachylenia zaczynam się całkowicie dusić, ląduję na ziemi i zastanawiam się, czy w ogóle się z niej podniosę. W końcu oddech uspokaja się i pokornie, powolnym acz równym krokiem, kontynuuję wspinaczkę. Wczesnym popołudniem docieramy na wysokość ok. 4200m, gdzie mieści się base camp pod przełęczą, czyli tea house i kawałek płaskiego miejsca pod namiot. Co prawda światło nas nie rozpieszcza, ale nie możemy darować sobie zrobienia foto sesji, gdy nad nami góruje Stok Kangri, wznoszący się na ponad 6000m n.p.m..

Drop ze Stok Kangri w tle, fot. Piotr Zdanecki

Następnego dnia skoro świt zostawiamy nasz namiot i niepotrzebne rzeczy w obozie i na lekko ruszamy w stronę przełęczy Ganda. Mimo, że nad naszymi głowami widać błękit nieba, to jest nam dość zimno. Dopiero, gdy słońce wychodzi zza grzbietu, a pierwsze promienie kładą się na naszych ciałach możemy się rozebrać i zwolnić tempo. Nigdzie się nam nie spieszy, bowiem naszym jedynym planem na ten dzień jest zdobycie przełęczy Ganda, wznoszącej się na 4970m i zjazd do naszej bazy. Plan gry zaczął powoli ewoluować, gdy podczas podejścia zobaczyliśmy ramię ciągnące się od przełęczy na jakiś niewielki szczyt. Od owego, nienazwanego szczytu, odchodziło kolejne ramię, tym razem opadające w stronę naszego obozowiska. Grzbiet wygląda na tyle obiecująco i zachęcająco, że w mgnieniu oka podejmujemy decyzję o nieograniczaniu się tylko do przełęczy i uderzeniu na upatrzony zjazd.

Odrobina lansu na Ganda La, fot. Piotr Zdanecki

Podejście na przełęcz mija nam całkiem szybko, jednak zimny wiatr hulający na górze i nadciągające chmury wyraźnie studzą nasz zapał do dalszych podbojów. Nie poddajemy się jednak i powoli zdobywamy wysokość, osiągając w końcu najwyższy punkt naszej wyprawy, zdobyty o własnych siłach – bezimienny wierzchołek mierzący 5300m n.p.m. W tak zwanym między czasie na nasze głowy zdążył spaść śnieg.

Szczęśliwie po chwili wypogadza się i zjazd zaczynamy w słońcu. Jednakże to, co z dołu wyglądało na łagodny grzbiet, z perspektywy siodełka wygląda diametralnie inaczej. Początek to dość wąski grzbiet o sporym nachyleniu i koszmarnie sypkim podłożu, które dosłownie zasysało koła. Następna część to szybki przejazd tym razem już po twardym podłożu, który wyrzuca nas na praktycznie płaskie rumowisko skalne. Po kilkudziesięciu metrach rumowisko staje dęba i robi się zarazem trudno i niezbyt bezpiecznie. Przejechawszy ten cięższy odcinek, odpuszczamy klamki i możemy poczuć prędkość. Wedle planu odbijamy z grzbietu do doliny, gdzie czeka na nas namiot i po chwili trafiamy na ścieżkę, którą podchodziliśmy kilka godzin wcześniej. Po dotarciu do namiotu czeka nas leniwe popołudnie spędzone na pogaduchach w tea housie. Ponieważ pierwotny plan zakładał zjazd z przełęczy trasą podejścia, postanawiamy wcielić go w życie następnego dnia, tym samym pozostając w naszym campie na jeszcze jedną noc.

Początek zjazdu naszą upatrzoną granią, fot. Piotr Zdanecki

Kolejnego dnia ponownie wychodzimy na przełęcz i zjeżdżamy po swoich śladach, pakujemy obozowisko i wracamy niekończącym się trawersem do wioski Rumbak. Tam za cel obieramy sobie kolejną dolinę, z majaczącą na horyzoncie przełęczą Stok, będąca startem dla wybierających się na Stok Kangri.

Docieramy na kolejne poletko namiotowe, a Klaudek, chcąc złapać ostatnie promienie słońca, wdrapuje się z rowerem na poblisku grzbiet. Mnie nie pozostaje nic innego, jak rozsiąść się z aparatem i czekać na jego zjazd.

Podejście w niebanalnej scenerii, fot. Piotr Zdanecki

Wstajemy wcześnie rano, mimo, że nasz cel ma jedynie 4900m n.p.m., jednakże odległość w poziomie jest dość znaczna. Początkowo idziemy za ścieżką prowadzącą dnem niemal płaskiej doliny, by w końcowym etapie wystrzelić prawie pionowo do góry. Duże przewyższenie na tak krótkim odcinku może oznaczać tylko jedno – agrafki! I faktycznie, zjazd można określić mianem tysiąca i jednej agrafki. Poczynając od szerokich i łatwych, po ciasne i absurdalnie trudne. A wszystko to w zupełnie innej scenerii niż wcześniej, bowiem ziemia i skały nabrały czerwonych kolorów. Pod koniec zjazdu łapie nas deszcz, który musimy przeczekać w namiocie pozostawionym na dole.

Deszcz ustaje, zbieramy manatki i udajemy się w drogę powrotną do Leh. Przed nami jeszcze jednak zjazd doliną, którą podchodziliśmy pare dni wcześniej i poszukiwania transportu pod nasz guest house…

Tekst: Piotr Zdanecki
Zdjęcia: Piotr Zdanecki, Klaudiusz Duda

Pozostałe odcinki dostępne TUTAJ

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

* Copy this password:

* Type or paste password here:

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>