Ladakh FR 2013 – Na północ

23

Odcinek 1: Na północ

Już sam przejazd z lotniska na dworzec autobusowy w Delhi był nie lada atrakcją. Uśmiech, który gościł na naszych twarzach w trakcie jazdy i obserwacji ulic zza szyb taksówki stopniowo znikał. Kolejne manewry naszego kierowcy oraz reszty współtrąbiących wariatów sprawiały, że kwestia tego, czy my i nasze rowery przywiązane na dachu marnym sznurkiem dotrą w całości na miejsce, nie była już wcale taka oczywista. Jak się okaże później, to był dopiero przedsmak drogowych atrakcji, jakie czekają nas podczas wyprawy w Himalaje. Mimo, że opłatę za przejazd uiściliśmy już w lotniskowej kasie, driver nie omieszkał wyciągnąć od nas kolejnych rupii za pomoc w zdjęciu bagaży z dachu. Dopiero po opuszczeniu klimatyzowanego auta i przytarganiu dobytku do dworcowych ławeczek poczuliśmy lepiące się do nas ubrania. Dochodziła 5 rano, a wilgotność powietrza i temperatura sprawiały, że na twarzach raz po raz pojawiały się strużki potu.

Pucek i sterta bagaży na dworcu, fot. Piotr Zdanecki

Krótki rekonesans na dworcu wprawił nas w rozpacz – najbliższy kursowy autobus zmierzający do Manali, miasteczka będącego półmetkiem na drodze w Himalaje, odchodził dopiero ok. 20. To oznaczało dla nas wegetowanie na dworcu, na metalowych ławeczkach, non stop pilnując rzeczy przez kolejne 15 godzin. Jednak wykazując się zaradnością niegodną prawdziwego zachodniego turysty, dowiedzieliśmy się od lokalsów, że jednak może uda nam się załapać na autobus już po 7. Mając trochę czasu w zapasie, postanawiamy wybrać się na krótką wycieczkę po okolicy dworca w poszukiwaniu kantora, picia i jedzenia, oczywiście dwójkami, bo jedna osoba była zmuszona do koczowania przy stercie bagaży. Ulice Delhi budzące się do życia mogą przyprawić europejczyka o ból głowy i chęć jak najszybszej ewakuacji z tego miejsca. Wszędzie niebotyczne ilości ludzi, w tym również ci śpiący i wegetujący na ziemi, pod murami czy w rowach odwadniających. Nie zabrakło również załatwiających swoje potrzeby fizjologiczne gdzie popadnie. Już nie specjalnie nas dziwiło, że połowa z nich postrzegała nas jako chodzące bankomaty i chciała zawieźć nas gdzieś rikszą, coś nam sprzedać lub w jakikolwiek inny sposób pozbawić portfeli wypchanych dolarami. Jednak w osłupienie wprowadziły nas małpy, swobodnie biegające po ulicach i wyjadające odpadki, oraz świnia radośnie baraszkująca w śmieciach, walających się dosłownie wszędzie. Całości dopełniał niesamowity smród snujący się po ulicach.

Bilety, masa biletów!, fot. Piotr Zdanecki

Ku naszej uciesze nadeszła godzina odjazdu lokalnego autobusu. Rowery wrzuciliśmy w pośpiechu na bagażnik dachowy, a sami zasiedliśmy na fotelach złomu, w którym spędzimy kolejne kilkanaście godzin. Po uiszczeniu opłaty za bilety, konduktor radośnie wręczył nam gruby plik biletów. Już w kilka chwil po odjeździe serce podchodzi do gardła. Widząc styl jazdy kierowcy oraz stan indyjskich dróg dociera do nas, jak duży błąd popełniliśmy nie przywiązując bagaży na dachu do niczego, pozwalając im na swobodne podskakiwanie na każdym wyboju. A tych było wiele. Na nasze szczęście autobusy po drodze często zatrzymują się w przydrożnych barach, by pasażerowie i kierowca mogli coś zjeść i kupić coś do picia. Głównym specjałem serwowanym przy drodze są czapati oraz zupki chińskie. Dość sceptycznie podchodzimy do jakiegokolwiek miejscowego jedzenia, mając naiwny plan dojechania w góry bez rozstroju żołądka. Postanawiamy zakąsić po jednym „ciapatym”, a resztę czasu poświęcić na porządne przytwierdzenie rowerów na dachu.
Spokojni już o nasze rowery, oddajemy się ciągłemu podskakiwaniu na fotelach, nieustającemu dźwiękowi klaksonów wdzierającemu się do uszu pomimo założonych słuchawek oraz podnoszącemu ciśnienie krwi wyprzedzaniu, którego nie podjęliby się nawet najwięksi mistrzowie polskich dróg. I tak przez 600km i circa 14 godzin. W między czasie towarzyszy nam oczywiście straszny upał i nieznośna wilgoć, a za oknem panuje niesamowity bałagan i śmietnik, trudny do wyobrażenia sobie dla nas, zachodniaków. Cały ten folklor ciężko ująć słowach, to jedna z tych rzeczy, które warto zobaczyć.

Droga do Manali, fot. Klaudiusz Duda

Po 22 autobus dociera do Manali, ostatniego przystanku na swojej trasie. Koszmarnie zmęczeni wypakowujemy się z pojazdu i zdejmujemy rowery z dachu. Na ulicy jest ciemno, pusto i cicho, tak bardzo odmiennie od tego, co zastaliśmy w Delhi. Gdzieś żarzy się jedna lampa, oświetlając kawałek drogi i okoliczne budynki. Marzymy o wygodnym łóżku, prysznicu i dobrym jedzeniu, a to dopiero połowa drogi w góry. Przed nami jedna z najbardziej niebezpiecznych dróg świata, Manali – Leh highway.

Tekst: Piotr Zdanecki
Zdjęcia: Piotr Zdanecki, Klaudiusz Duda

Zobacz także...

...poprzednią: , kolejną: lub inne fotorelacje »

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

* Copy this password:

* Type or paste password here:

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>