Ladakh FR 2013 – Trzy przełęcze

33

Odcinek 3: Trzy przełęcze

Dzwoni budzik, a po chwili słychać znajomy głos Sahry oznajmiający, że wiaderko gorącej wody do mycia się już gotowe, a śniadanie jest już w trakcie przygotowywania. Choć nasz odjazd delikatnie spowalniają ciągłe problemy żołądkowe, bez większych opóźnień ładujemy nasze rowery na dach podstawionego samochodu. Sohrab jeszcze instruuje naszego drivera by jechał spokojnie, żeby nasze rowery przeżyły podróż i ruszamy w drogę. Co prawda trasa nie była zbyt długa, ale zajęła nam kilka godzin – indyjskie drogi nie pozwalały na szybką jazdę, a ostatnie 30km prowadziło po nieutwardzonej drodze o wątpliwej przejezdności.

Pucek na przełęczy Sirsir, fot. Piotr Zdanecki

Mija godzina 15.00, a my zostajemy sam na sam z Himalajami, jedynie daleko w dolinie widać oddalający się samochód, który nas tu wywiózł. Chwytamy za aparaty i focimy co się da i jak się da – nie możemy napatrzeć się na fantastyczną panoramę rozciągającą się z przełęczy Sirsir. Smaczku dodaje powoli zachodzące słońce, oświetlając okoliczne szczyty. Jeszcze trochę lanserskich fotek i musimy ruszać w dół – chcemy przed nastaniem zmroku rozbić obóz w dolinie, z której przybyliśmy. Z góry widać niezłe miejsce na biwak, niedaleko rzeki, więc kaski na głowę i na dół! Owe „na dół” kończy się dość szybko ostrą zadyszką. W samochodzie tego nie odczuwaliśmy, ale nawet tak niewielki wysiłek przy braku aklimatyzacji przyprawiał o palpitacje serca – wszak jesteśmy na prawie 5000m! Robiąc co chwile przerwy na złapanie oddechu, powoli zjeżdżamy wijącą się ścieżką, pośród pustynnego krajobrazu na samo dno doliny. Jeszcze kilka metrów pod górę i rozstawiamy nasz apartament. W ruch idzie palnik i gotujemy kolację – w menu zupki, makarony i podobne im specjały. W międzyczasie nastaje ciemność, a nad naszymi głowami rozpościera się niesamowity widok na niezliczoną ilość gwiazd i świetnie prezentującą się drogę mleczną. Oczywiście nie mogę sobie odpuścić zrobienia kilku zdjęć. Robi się zimno, pakujemy się do śpiworów i zasypiamy.

Noc w środku Himalajów, fot. Piotr Zdanecki

Rano ciężko się nam wygrzebać z namiotu, słońce jeszcze nie dociera do doliny, więc żeby nie marznąć, szybko gotujemy śniadanie w postaci budyniu i zbieramy się w drogę. Naszym celem tego dnia było dotarcie na przełęcz Nyguitse mierzącą ponad 5000m. Przed nami około 7 godzin podejścia, próby podjeżdżania, nawet po delikatnie nachylonym terenie groziły uduszeniem się. Rano towarzyszyło nam słońce, jednak potem pogoda klęka i sypie śnieg. Szczęśliwie po jakimś czasie przestaje i sytuacja stabilizuje się – do wieczora będą nam głównie towarzyszyły chmury z nieśmiałymi przebłyskami słońca. Podejście idzie nam bardzo opornie, miejscami ścieżka ginie w rumowiskach skalnych i trzeba kierować się własną intuicją. Ledwo żywi docieramy na przełęcz. Przed nami kolejny niesamowity widok w postaci niemal księżycowego krajobrazu składającego się z ciekawych form skalnych i morza nienazwanych szczytów, przełęczy i grani.

Zjazd z przełęczy Nyguitse, fot. Piotr Zdanecki

Niestety i tym razem nie mamy zbyt wiele czasu na kontemplowanie widoków, późna pora i długi zjazd przed nami przesądziły o tym, że musimy zbierać się na dół. Do dyspozycji mieliśmy wąską i sypką ścieżkę, kręcącą się po zboczach, miejscami pozwalającą odpuścić klamki hamulców, by po chwili ostro hamować i trzaskać niezbędne pivoty. Całą zabawę uprzykrzały jedynie 15kg plecaki, mocno ograniczając swobodę jazdy. W ferworze zjazdu urywa nam się ścieżka, klucząc gdzieś pośród kępek traw. Słońce powoli chowa się już za himalajskimi grzbietami, a dzień chyli się ku końcowi, więc szukanie ścieżki zostawiamy na kolejny dzień i rozkładamy obóz. W nocy robi się bardzo zimno, pada deszcz, śnieg, wieje mocny wiatr.

Koszmarnie lodowaty poranek nie zachęca do rozsuwania ciepłego śpiwora. Pomysł przeczekania w namiocie do lepszych czasów jest bardzo kuszący, jednak podejmujemy męską decyzję o opuszczeniu naszego przenośnego domu i przystępujemy do „czynności obozowych”, co chwila rozcierając grabiejące dłonie. Dzień wita nas błękitem nieba i efektami nocnego załamania pogody – wokół wszędzie powyżej 4500m leży masa świeżego śniegu. Z miejsca naszego biwaku dobrze widzieliśmy kolejny cel – przełęcz Yogma, która również przybrała białą szatę.

Mroźny poranek, fot. Piotr Zdanecki

Ścieżkę odnajdujemy po krótkich poszukiwaniach, wiodła dokładnie tam, gdzie się spodziewaliśmy, czyli do koryta małej rzeki, mającej swoje źródło gdzieś u stóp przełęczy Nyguitse. Po dotarciu do owego koryta, tworzącego niemałą dolinkę, okazało się, że nocleg tuż powyżej był strzałem w dziesiątkę. Przeprawa przez tak krótki odcinek trasy zajęła nam kilka godzin. Ścieżka co chwilę ginęła pośród skał, a jedynym wyznacznikiem tego, gdzie dalej iść, były pozostawione przez ludzi kopczyki z kamieni i własny instynkt. Kilkukrotnie przekraczaliśmy lodowatą rzekę, głębokie jary i wspinaliśmy się po zboczach. Umęczeni dotarliśmy na dno doliny mając świadomość, że zdobycie kolejnej przełęczy jeszcze tego samego dnia już nie jest takie oczywiste. Mapa sugerowała, że dopiero w połowie zjazdu z Yogmy będzie pierwsze źródełko, więc przed wyruszeniem w górę dociążyliśmy się wodą, jak się tylko dało. Niestety ścieżki nie udało nam się znaleźć, a strome podejście i nadchodzące ciemne chmury skłoniły nas do przedwczesnego poszukania miejsca na nocleg. Również to nie było takie oczywiste – większość zbocza była na tyle stroma lub udekorowana odchodami zwierząt, że nie było gdzie rozstawić namiotu. W końcu udało nam się znaleźć kawałek płaskiego terenu, który dało się przystosować. Szczęśliwie chmury jedynie nas postraszyły, przez chwilę kropiąc deszczem na nasze głowy. Czas do wieczora wykorzystujemy na sesję zdjęciową.

Zabójcze podejście na przełęcz Yogma, fot. Piotr Zdanecki

Kolejnego dnia kontynuujemy podejście gwałtownie opadającymi zboczami przełęczy. Mimo, że przed nami jedynie 300m w pionie, wysokość i stromizna daje się nam solidnie we znaki. W końcu zdobywamy przełęcz Yogma. Świeci słońce, mamy sporo czasu, więc pozwalamy sobie na wylegiwanie się i długą sesję zdjęciową. Całość sielanki psuje jedynie mocny i zimny wiatr. Zjazd zaczynamy tradycyjnie sypką i wąską ścieżką, tworzącą w kilku miejscach ciekawe agrafki. Następnie szlak przyspiesza i rzuca pod koła stertę mniejszych lub większych kamieni, by po chwili przejść w gładki grzbiet poprzetykany kępami traw. I już jesteśmy na dole, w szerokiej i płaskiej dolinie. Jak się okazuje, to jeszcze nie koniec jazdy, bo wraz z doliną, przez kilka kilometrów, łagodnie opada ścieżka aż do wioski Kanji.

Tumany kurzu unoszące się spod kół, fot. Piotr Zdanecki

Niestety tego dnia nie ma już szans na transport do Leh, więc rozbijamy namiot na miejscowym campingu przeznaczonym dla turystów. Nasze rowery budzą wśród lokalsów takie zainteresowanie, że aż nie mogą się oprzeć pokusie wypróbowania ich. Po chwili wszystkie trzy rumaki są ujeżdżane przez miejscowych, którzy znaleźli się w pobliżu. Kupujemy zasłużone piwo w campingowym sklepiku i oczekujemy na obiecany transport dnia następnego.

Młody lokals, fot. Piotr Zdanecki

Tekst: Piotr Zdanecki
Zdjęcia: Piotr Zdanecki, Klaudiusz Duda

Pozostałe odcinki dostępne TUTAJ

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

* Copy this password:

* Type or paste password here:

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>