Na otarcie łez

IMG_2026

Rano zamiast budzika, budzi mnie ulewny deszcz stukający o stół na tarasie. Niebo całkowicie zasnute chmurami, najmniejszych szans na przejaśnienie w najbliższym czasie. Tym razem ICM trafił z prognozą w 10. W okolicach południa opady ustają, a my podejmujemy decyzje o zrobienie trasy na otarcie łez.

W menu ląduje góra w pobliżu naszego miejsca zamieszkania, doskonale znana już Arcziiemu z zeszłorocznych eskapad. Po tym, jak rozpływał się nad zjazdem z Kopy, bo taką nazwę nosi rzeczona góra, nie mogliśmy się oprzeć jego propozycji ;) Autem do Lubochni, wypakowanie szpejostwa, śrubkowanie i ruszamy. Podejście, tfu, podjazd bedzięmy robić zjazdem, co jak się pózniej okaże, miało zasadniczy wpływ przbieg na trasy.

Szutrówka, po chwili zamieniająca się w koryto rzeki, prowadzi nas do odbijającej w prawo ścieżki. Robi się dość stromo, usuwamy kilka drzewek i gałęzi, które mogłyby wadzić na zjeździe. Narastające nachylenie terenu, co raz więcej drzew, o gabarytach zbyt dużych, by można je ruszyć z miejsca. Stromizna osiąga dość ostry pułap, jedyny sensowny sposób, to spacer z rowerem na barkach. Drzewa są na tyle upierdliwe, że musimy sobie wzajmnie pomagać, by je pokonać z bicyklami. Smaku dodaje rozmoczna glina i liście, jeden krok w góre, dwa w dół. Szlak budzi we mnie żądze mordu, którą najchętniej ukierunkowałbym w stronę autora trasy ;) Docieramy na szczyt, pod krzyź, który jest obiektem wycieczek autrochtonów. Roztaczą się przepiękna panorama na dolinę Vahu, klimatu dodaje popołudniowe słońce, przebijające się przez chmury, tworząc bajkową otoczkę. Złość mija w momencie

Wraz z Charszem demokratycznie wymuszamy na Arcziim zjazd żółtym szlakiem, jakoś nie przypadł nam do gustu ten, którym podchodziliśmy ;) Ruszam pierwszy i po chwili ląduje w krzakach. Podeszczowa, rozmoczona glina nie zapewnia ŻADNEJ trakcji, rower jedzie, gdzie chce. Zapowiada się ostra walka. Jedziemy ostrożniej, ścieżka na moment daje złudne wrażenie suchości i przyczepności, co kończy sie awaryjnym hamowaniem poza szlakiem dla Arcziiego. W moim przypadku ostatecznym hamulcem jest drzewo, w które wkomponowywuję się próbując wyminąć chłopaków. Uślizg przedniego koła, czuję jak wyginam się w pałąk. Ból w klatce oraz kręgosłupie.
Dojeżdżamy do stokówki, gdzie spotykamy dwóch leśników na rowerach, którzy pokazują nam, jak dotrzeć na Lubochnanske sedlo, z którego nastąpi ostateczny zjazd. Jeszcze troche podejścia w błocie po osie, naprawy magicznego tjublesa możemy i ruszać. Na dobry (?) początek zwózka, potem zarośnięty singiel i lądowanie na asfalcie.

Łzy otarte ;)

Zobacz także...

...poprzednią: , kolejną: lub inne fotorelacje »

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

* Copy this password:

* Type or paste password here:

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>