Najgorsze podejście świata

IMG_2384

Pomysł o wypadzie na Dreitagesspitze narodził się praktycznie w ciągu jednego dnia. Na dodatek miał to być wypad na wschód słońca, więc i wyższe doznania estetyczne wchodziły w grę. W tym roku jeszcze na żadnym wschodzie słońca w górach nie byłem, więc Zdan zbyt mocno nie musiał mnie przekonywać i stwierdziłem, że warto się poświęcić. Na dodatek w tak pięknych okolicznościach przyrody…
Po dosyć morderczej podróży do celu pierwszą rzeczą, jaką dało się odczuć po wyjściu z samochodu w totalną ciemność była temperatura, jej poziom na tej wysokości wskazywał na to, że po raz pierwszy w „letnim sezonie rowerowym” naprawdę zmarzniemy. Pokonanie początkowych kilku kilometrów niezbyt stromymi szuterkami poszło w miarę gładko. Po drodze o ciary na plecach zadbał psiak pilnujący jakiegoś stadka, który to, mam taką nadzieję, gonił nas tylko dlatego, że chciał się pobawić. Po dojechaniu do rozgałęzienia szlaków zapadła brzemienna w skutki decyzja – wybieramy totalnie nieznany szlak, tak żeby nie podchodzić późniejszym zjazdem… No cóż, delikatnie mówiąc nie była to najlepsza z decyzji. Szlak z początku, chyba złośliwie, wydawał się idealny do zdobywania wysokości. Niestety po kilkuset metrach zaczęły się sporej wysokości, strome progi. I tak przez najbliższe 1,5 godziny. Nie wiem ile w sumie kilogramów przewalają strongmeni, ale już chyba wolałbym zaiwaniać z wielką kamienną kulą opartą na brzuchu niż jeszcze raz przeżyć wrzucanie na każdy z tych progów prawie 19-kilowego nieforemnego ciężaru. To był las. Powyżej linii lasu oczywiście nie było lżej – tu z kolei trzeba się było zmierzyć z potężnymi korzeniami kosówki rozciągniętymi wzdłuż i w poprzek szlaku. Dodając do tego leżący tu i ówdzie śnieg i oszronienie mamy obraz dwóch już i tak wykończonych postaci co chwila ślizgających się i potykających. Tu już żaden z nas nic nie mówił, nie było siły, nawet na sążniste „o rety!” lub „ale strasznie ciężko!”. To była kolejna godzina. Sam koniec podejścia oprócz tego, że stromy nie był na szczęście ozdobiony żadnymi atrakcjami. Po dotarciu na szczyt u obu z nas pojawiło się to samo, niebywałe życzenie – ja już nie chcę zjeżdżać, ja się po prostu chcę stąd dostać na dół, najlepiej jakąś gładką szutrówką. Mocno ujemna temperatura potęgowała zmęczenie i zniechęcenie. Koszmar. Najgorsze 700 metrów w pionie jakie można sobie było zafundować.
Nic to, jakoś trzeba stąd zjechać. Wizja zjeżdżania tak zmęczonym piękna nie była, ale o dziwo nie było tak źle. Początek to stroma, sypka ścieżka z kamieniami tu i ówdzie i milionem linii do wyboru. Tu utrudnienia pojawiły się w postaci skostniałych całkowicie palców i tym samym nikłej kontroli klamek hamulców. Kiedy ścieżka zmieniła się w bardziej płaski, kamienny chodnik człowiek już nie myślał o zmęczeniu, zjazdowa adrenalina zrobiła swoje. A i poziom trudności był taki w sam raz na tę porę dnia. Kamienne chodniki przeplatały się z wąskimi singletrackami, korzeniami i kilkoma ciekawymi agrafkami. Wszystko takie jakieś przyjemne w swej trudności. Niestety ostatnie kilkadziesiąt metrów w pionie pokonujemy zwykłą leśną rozjeżdżoną szutrówką. Podsumowując: zjazd świetny, bez strat, o podejściu już zapomniałem, ale spokojnie, wróci w koszmarnych snach, niejednokrotnie.

Aha, wschodu nie było ze względu na chmury.

Zobacz także...

...poprzednią: , kolejną: lub inne fotorelacje »

Komentarze (0)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

* Copy this password:

* Type or paste password here:

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>