Ukraina 2010

IMG_3092

Po zeszłorocznej wyprawie na Ukraine nie mieliśmy z Olą żadnych wątpliwości, że jeszcze tam wrócimy. Tegoroczna ekipa miała rozszerzyć się z 2, aż do 7 enduro-bytów. Składanym deklaracjom o wyjeździe nie było końca, a gdy przyszło co do czego, zostaliśmy na placu boju we trójkę. Tuż przed godziną „0″ bolące kolana, rozpadające się zawieszenia i zniszczone gwinty wyraźnie sugerowały, że z eskapady mogą być nici, jednakże na pociąg do Przemyśla stawia się pełny skład – Ola, Andrzej i ja.

W drodze do Przemyśla kolejny raz towarzyszy nam niemiłosierny upał, ale przynajmniej wszystko przebiega zgodnie z planem… aż do Przemyśla ;) . Okazuje się, że autobus, mający dowieźć nas do Medyki, który widnieje w internetowych rozkładach idzie o zupełnie innej porze, wiec roztacza sie przed nami wspaniała wizja tarabanienia się do granicy na rowerach. Z pomocą przychodzi, a właściwie przyjeżdża bus z kierowcą wyraźnie ukraińskiego pochodzenia. Jako, że u naszych wschodnich sąsiadów panuje zasada, że mając pieniądze da się wszystko, udaje się nam zabrać owym minibusikiem razem z rowerami. Wygodnie nie było, ale za to szybko, sprawnie i tym razem bez zaczepek straży granicznej. Opuszczamy granice UE.

Przed nami kilka kilometrów asfaltów do Mościsk, skąd zabierze nas elektryczka do Lwowa. Sam dworzec w Mościskach to dla mnie ciekawostka – poteżny (jak na wiejskie/mało miasteczkowe możliwości) budynek, ogromny plac i ani jednej żywej duszy w pobliżu. I do tego trawniczek przystrzyżony i wypielęgnowany, jak na przyjazd kremlowskich dygnitarzy…
Dalszy gry plan przewidywał wygodną podróż plackartną do Pereczyna, z którego tylko kawałeczek dzieliłby nas od połoniny Równej. Plan bierze w łeb, gdy się okazuje, że pojezdy nie chodjat w tamtą stronę z powodu remontu torów (ponoć powódź jest winna całemu zamieszaniu). Na szybko generujemy plan B w postaci elektryczki do Sjanek, gdzie mieliśmy się przesiąść do kolejnej wiozącej nas do celu. W okolicach 3 w nocy, pani w dworcowej kasie we wspomnianej wyżej mieścince, radośnie informuje, że zostanie podstawiony autobus, mający zawieżć nas do kolejnej stacji kolejowej, skąd ma zabrać nas elektryczka na miejsce startu.
Podczas gdy my nerwowo wyszarpujemy rowery i wyrzucamy plecaki ze środka autobusu, nasz szynowy transport odjeżdza nie mając zamiaru poczekać na nas. Poranną cisze przeszywają trzy donośne „o kurcze pieczone”. Jak się okazuje w ciągu kilku kolejnych chwil, jesteśmy w miejscu, skąd w ciągu całego dnia odjeżdza JEDNA elektryczka. Na nasze szczęście, kierowca autobusu, który nas tu zawiózł, lituje się i zabiera nas ze sobą do swojej bazy do Luty.
Nareszcie jedziemy. Mglisty i zimny poranek aż zachęca do szybszego kręcenia korbami i przywodzi na myśl zbliżające się ciepłe śniadanie i to, ze będe mógł uszczuplić 15.5kg plecak o paczkę kaszy. Podczas gdy mieszkańcy Luty budzą się do życia, my organizujemy kuchnie i łazienke nad brzegiem potoku. Mgły opadają, przyświeca ciepłe słońce. Mimo wczesnego startu, na przełęcz pod Połonina Równą docieramy dopiero na wieczór. Bardzo niedokładne mapy dają o sobie znać i tracimy mnóstwo czasu na błądzenie po krzakach. Rozbijamy namiot, rozpalamy ognisko i umilamy sobie czas polowaniem za pomocą obiektywu na krążące nietoperze.
Nad ranem budzi nas ryk silników. Dwa Ziły zajeżdżają na polanę, a z nich wysypuje się kupa zbieraczy borówek. Powoli zbieramy się do życia, a do naszego śniadania postanawia dołączyć stado koni. Pogoda niestety się psuje, zaczyna grzmieć i padać. Korzystamy z uprzejmości Ukraińców i chowamy się w jednej z ciężarówek. Burza przechodzi, a my ruszamy w dół śćieżką oznaczoną na żółty kolor. Niestety na szlaku leży mnóstwo powalonych drzew, co mocno psuje radość ze zjazdu. Mimo wszystko, z perspektywy czasu miło wspominam to tachanie roweru przez drzewa i przedzieranie się przez krzaki ;) .
Lądujemy w Żdieniewie i dopadamy upragniony mahazyn, wraz z zimnym piwem. Następnie czeka nas długa, asfaltowa przeprawa do Wołowca, skąd następnego dnia mieliśmy zaatakować połoninę Borżawe. Po drodze łapie nas sromotna burza, ale udaje się nam ją przeczekać w przydrożnej budce z jedzeniem dla kierowców. Po części z głodu, po części z konieczności raczymy się Ukraińskimi specjałami.
Burza mija, dokręcamy 20km asfaltem i na wieczór docieramy do Wołowca, gdzie resztę czasu spędzamy w jednej z knajp.

Następny dzień wita nas bębniącym o parapety naszych okien deszczem. Pogoda zmusza nas do pozostania w Wołowcu do następnego dnia. Jak się jednak okazuje, trafiliśmy akurat na miejscowy festiwal, gdzie mamy niepowtarzalną okazję wtopienia się w ukraiński folklor ;)
Kolejny ranek nie grzeszy piekną pogodą, ale przynajmniej nie pada. Ruszamy asfaltem wzdłuż połoniny wg. wskazówek autochtonów, szukając dogodnej drogi na grzbiet. Po przeróżnych perypetiach, włączając w to zjazd gnojówką, pakujemy się na wyciąg obok Pilipca, który wywozi nas na przyzwoitą wysokość. Na górze zarządzamy obiad, w międzyczasie na dziesiąt sekund wychodzi słońce, a mgła zdaje się ustępować. Po blisko dwu godzinnej manianie zaczynamy podejście, które po chwili wypłaszcza się i pozwala na jazdę. Przejazd przez Borżawę to już sama przyjemność, szkoda jedynie, że wszystko wokół tonie w gęstej mgle. Warto wspomnieć o chłopakach na motorach z Polski, których spotykamy na połoninie. I niespodziewanie spotkamy ich kilka dni pózniej. Dzień dobiega końca, decydujemy się rozbić obóz na przełęczy.

Pozornie poprawiająca się pogoda robi psikusa i w nocy raczy nas deszczem i rześkim wiatrem. Nie pomogło nawet zalepienie namiotu workami na śmieci, o czym przekonuje się Andrzej biegając o 4 rano wokół namiotu dla poprawy krążenia. Decyzję o szybkiej ewakuacji na dół pomógł nam podjąć dosiadający się do śniadania deszcz. Dysponując jedynie mapą, kompasem i widocznością na naście metrów ciężko było określić nasze położenie, to też wybór drogi w dół był czystą loterią. Zjeżdżamy do asfaltu i kierujemy się do miejscowości o kryptonimie „Miziahizia”, skąd obieramy na cel cudną asfaltową przełęcz. Cały czas kręcimy w zacinającym deszczu, by w końcu dotrzeć na górę i zażyć niezwykle orzeźwiającego zjazdu ;) Szczękając zębami docieramy do Kołoczawy, gdzie zamierzaliśmy nocować. Na zewnątrz przestaje padać, a my rozgrzewamy się, jakże na Ukrainie popularną, przeźroczystą wodą.

Rano naiwnie wyglądamy przez okno, szukając upragnionego słońca. Zamiast wspomnianego, towarzyszy nam pełne zachmurzenie i mgły, ale przynajmniej nie pada. Jeszcze.
Niechętnie opuszczamy ciepłe łóżka i pedałujemy na przełęcz Prislop, pod połoniną Krasną. W tak zwanym międzyczasie deszcz powraca do swoich tradycynych zajęć i znowu zostajemy przemoczeni. Na przełęczy było, eufemistycznie mówiąc, nieciepło. Spotkani turyści, schodzący z Krasnej uprzedzają, że na górze pogoda jest tragiczna i nie warto się tam pchać. Kolejni piechurzy i czasomierz, pokazujący późną godzinę przekonują nas do kapitulacji zjechania Ust’ Czornej. Żółty szlak (tak, znakowany szlak) okazuje się być… rwącą rzeką. Jeśli się komuś wydaje, że przejście z rowerem i ciężkim plecakiem przez rzekę po kilku dniach ulew jest proste, to zachęcam do samodzielnego wypróbowania. Częściowo zjeżdżając prowadzącymi obok błotnymi ścieżynkami, częściowo pływając udaje się nam dopchać się do doliny. W ferworze walki z wodą, nawet nie zauważamy, że przestało padać. Na wieczór lądujemy w Ust’ Czornej mając nadzieje na znalezienie bankomatu, sklepu i noclegu. Są tylko te dwa ostatnie, a nasze kiese zbyt wypchane nie są. Dodatkowo zdycha mi napęd (zapchany błotem pancerz od tylniej zmieniarki), pozostawiając mi jedynie 2 przełożenia. Oli jednak udaje się wytargować nocleg u przemiłych ludzi. Na dobranoc znowu zaczyna padać.

Nazajutrz nie budzi nas słońce, ale brak deszczu jest miłym akcentem. Na ten dzień plany były konkretne – przejazd całego pasma Świdowca i nocleg w kompleksie narciarskim Drahobrat, w schronisku, które odwiedziliśmy z Olą rok temu. Odnalezenie właściwej drogi na górę (podziękowania dla Tomka Dębca za udzielenie rady!) zajmuje nam trochę bezcennego czasu, jednak trafiamy na właściwą szutrówkę i wygodnie pniemy się w siodełku pod górę. Po drodze dobiega do naszych uszy znajomy warkot silników i po chwili dostrzegamy naszych znajomych z Borżawy, okazuje się, że chłopaki jadą znowu w tym samym kierunku, co my. Neverending uphill dobiega końca i docieramy do pierwszego check pointa w tym dniu. Następnie przed nami do pokonania było ramię odchodzące od głównego grzbietu Świdowca. W większości jezdne, jednak choć krótka, to bardzo intensywna ulewa i zimny wiatr, niszczy całą radość z jazdy.
Stoimy przed ostatnim podejściem na główną grań. Chmury na chwilę się rozchodzą, przed naszymi oczami objawią się błękit nieba i zielona połonina. Radość zostaje stłumiona przez kolejny opad. Dzień się kończy, robi się coraz zimniej, a przed nami kawał drogi do schroniska. Przeżywamy najgorsze chwile wyjazdu. Głód, zimno, zmęczenie. Wyciągam ostatnie kawałki chleba, Ola trzęsącymi się z zimna rękoma, kroi pozostały kawałeczek sera. Przed nami wciąż spory odcinek do pokonania, ale teraz już tylko w dół. Jedziemy ten sam odcinek, który pokonywaliśmy rok temu, ale w odwrotnym kierunku. Znajome trawersy, podjazdy, zjazdy, tylko aura inna – o 180 stopni. Gdy dobijamy do schroniska jest już od dłuższej chwili ciemno. Ciepła woda, ciepłe łożka.

O 5 rano budzi nas dobiegający zza okna odgłos jadącego Ziła. Przecieram oczy, bo mam wrażenie, że mi się śni to, co widzę. Błękit nieba, ani jednej chmury, promienie słońca wkradające się przez ramy okienne.
Do godzin popołudniowych wylegujemy się na przełęczy ponad Drahobratem, by potem zaatakować najwyższy szczyt Świdowca – Bliznicje. Końcówka podejścia to ostra wspinaczka z rowerem na plecach, jednak widok ze szczytu wynagradza nie tylko trud wynoszenia, ale poprzednie 9 dni ulew, błota, błądzenia i innych przygód. A dalej? Ukraiński sen, czyli to, po co tu przyjechaliśmy. Połoniny skąpane w popołudniowym słońcu, noc pod rozgwieżdżonym niebiem, przepiękny wschód słońca. Przejazd przez ramie Świdowca aż do samego Rachowa. Nasza przygoda dobiega końca kilka minut po pierwszej w nocy, gdy pociąg odjeżdza w strone Lwowa…

Zobacz także...

...poprzednią: , kolejną: lub inne fotorelacje »

Komentarze (1)

  1. Swietna wyprawa! Ta jak i kazda inna waszej ekipy!
    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

* Copy this password:

* Type or paste password here:

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>